Wejście Agnieszki zwolniło mnie z obowiązku odpowiadania temu niegodziwcowi. Zdała mi się zmęczona czuwaniem, stroskana, mniej niż zwykle spokojna. Powitanie jej było jednak, jak zawsze, serdeczne i ciepłe.
Uriah, podpatrujący to powitanie, zrobił na mnie wrażenie szatana podpatrującego anioła. Jednocześnie Traddles zamienił z panem Micawberem znak porozumienia i Traddles nieznacznie wysunął się z pokoju.
— Na co czekasz? — spytał Uriah Micawbera.
Ten zaś, z ręką na zapuszczonej za surdut linii, stał wyprostowany u drzwi, patrzył wprost w twarz Uriaha, jak równy w równego, podczas gdy Uriah mierzył go okiem zwierzchnika.
— Możesz odejść — powtórzył, a widząc, że się podwładny nie rusza z miejsca, zniecierpliwiony dodał:
— Mówię ci przecie, że możesz odejść, słyszysz?
— Słyszę — odparł niewzruszony pan Micawber.
— Więc czemu tu stoisz?
— Bo... ano... bo mi się tak podoba! — wybuchnął pan Micawber. Uriah pobladł, poczerwieniał, każdy muskuł drgał mu w twarzy.
— Głupcem jesteś i arogantem — syknął, siląc się na uśmiech. — Wszyscy to wiedzą i boję się bardzo, że zmuszonym będę wydalić cię. Pomówimy o tym później.