— Ośmielę się tak wnosić, duszko, zamiary jego są najlepsze, tylko w czyn ich nie wprowadza.
Rozgoryczenie pana Micawbera wzięło górę nad łzami i nie bez złości spytał, co miał począć. Urodzić się cieślą, malarzem koczów, ptakiem? Pójść na przyległą ulicę i sklep otworzyć czy iść do sądu i ogłosić się prawnikiem? A może szturmem zdobyć operę? Co miał począć, gdy go niczego nie wyuczono?
Ciotka moja po chwili zastanowienia przemówiła:
— Dziwię się, panie Micawber, że panu nigdy na myśl nie przyszła migracja.
— Pani — odrzekł zagadniony — marzeniem to było mej młodości, dążeniem dojrzałego wieku.
Pewien byłem, pomimo tych zapewnień, że mu się myśl ta po raz pierwszy nasuwała.
— Sza! — rzekła, spoglądając ku mnie, ciotka. — Byłoby to najlepszym wyjściem dla pana i pańskiej rodziny.
— A kapitał? Kapitał? — pytał ponuro pan Micawber.
— W tym rzecz, droga moja pani — wtrąciła jego żona.
— Kapitał! — zawołała ciotka. — Oddałeś nam pan usługę, olbrzymią usługę! Po prostu, jak gdyby mienie moje z ognia wyrwane zostało. Zrobimy coś dla pana.