— Żadnego, który by wspominał o jakim bądź obrzędzie.
— Widzisz — mówił, burząc włosy i kładąc rękę na mych kolanach — jestem żonaty.
— Żonaty?! Już? — zawołałem radośnie.
— Tak mi Boże dopomóż — śmiał się wesoło. — Czcigodny Horacjusz pobłogosławił mój związek z Zofią w Devonshire. Ale oto i ona we własnej osobie, tam za firanką.
„Najukochańsza z dziewcząt” wychodziła właśnie z kryjówki, rumieniąc się i uśmiechając. Bardziej zadowolonej, rozweselonej, serdecznej oblubienicy nie zdarzyło mi się nigdy chyba widzieć. Ucałowałem ją serdecznie, winszując i życząc szczęścia.
— Co za szczęście! — wołał Traddles. — Aleś opalony, Copperfieldzie! Jakże się cieszę.
— I ja niemniej — dorzuciłem.
— I ja także — wtrąciła Zofia, rumieniąc się i uśmiechając.
— Wszyscyśmy uradowani — wołał Traddles. — I dziewczęta pewnie cieszyć się będą. O małom o nich nie zapomniał594.
— O kim? — spytałem.