— Jest starsza, wiesz, ta piękność, Karolina — począł poufnym szeptem. — Sara... opowiadałem ci przecie, że cierpi na coś w krzyżu? Lepiej jej teraz, znacznie lepiej! Są dwie młodsze, których wychowaniem zajmowała się moja poczciwa Zofia, ano, jest i Luiza.
— Nie może być? — zawołałem.
— A tak! Mieszkanie zaś całe składa się z trzech pokoików, jednak, dzięki przemyślności Zofii, każdy ma wygodny kącik. Tu, w tym pokoju, sypiają dwie.
Obejrzałem się. Gdzież się podziewał biedny Traddles z żoną?
Zrozumiał moje pytające spojrzenie.
— W zeszłym tygodniu — mówił — trzeba było sypiać na ziemi, lecz obecnie mamy izdebkę na poddaszu, którą Zofia własnoręcznie okleiła papierem. Gniazdko, mówię ci! Z okna widok prześliczny.
— Widzę, żeś szczęśliwy — rzekłem — i cieszę się z całego serca.
— Dziękuję ci, mój drogi!
Uściskaliśmy się ponownie.
— Tak, szczęśliwy jestem — potwierdził Traddles. — Patrz, poznajesz starych znajomych? Wazon pamiętasz? A ten marmurowy stoliczek! Reszta umeblowania skromna, lecz wygodna, tylko srebra nie znajdziesz u nas ani na lekarstwo.