Uśmiechnął się uprzejmie, przymrużył oko, przechylił głowę, przypatrując mi się bacznie.
— A tak, istotnie — mówił — znane mi są pańskie rysy, tylko nazwiska przypomnieć sobie tak od razu nie mogę.
— A jednak znanym było panu pierwej niż mnie samemu.
— Doprawdy? Miałżebym honor być obecnym...
— Tak właśnie.
— Ależ się pan od tego czasu musiał zmienić — zauważył dobrodusznie.
— Zapewne, zmieniłem się nieco — odrzekłem.
— Niech pan daruje — rzekł po chwili bacznego wpatrywania się we mnie — mimo to zmuszony jestem spytać: jak godność pańska?
Słysząc nazwisko moje, zdziwił się i ucieszył. Zamieniliśmy uścisk dłoni, co było z jego strony pewnym wysiłkiem, zwykle bowiem podawał tylko końce palców.
— Dziwne — mówił, mierząc mnie od stóp do głowy wzrokiem. — Byćże596 to może? Pan Copperfield? Znane mi są pańskie rysy. Podobny pan jesteś, bardzo podobny, do nieboszczyka, swego ojca.