Każdy pragnął oglądać ten interesujący obraz. Głowy tłoczyły się dokoła ciasnego otworu we drzwiach. Pan Creakle, ku ogólnemu zadowoleniu, kazał drzwi otworzyć. I któż się zjawił przed mymi i Traddlesa oczyma? Któż? Uriah Heep we własnej osobie!
Poznał nas od razu i powitał ze zwykłą swą pokorną uprzejmością.
— Jak się pan ma, panie Copperfieldzie? Witam pana, panie Traddles!
Wywołało to ogólny podziw. Taki brak pychy, zaciętości, wzorowa taka pokora!
— Jakże tam? — łaskawie spytał go pan Creakle.
— Spokojny jestem, ukorzony — odrzekł Uriah.
— Jak zwykle — zauważył pan Creakle. — Jak zwykle! Dobrze się zatem czujesz?
— Dziękuję, o, dziękuję panu! Lepiej niż kiedy bądź. Poznałem wszystkie błędy i nieprawości moje i lżej mi na duszy.
Panowie ci byli wzruszeni do głębi serca, któryś wysunął się naprzód, pytając:
— A mięso, co?