— Moje panie, pytając o to, wyśmiewacie się tylko ze mnie, niestety. Wiem przecież dobrze, że nie dla mnie ten bal.

— No tak, masz rację. Wszyscy by się śmiali, gdyby ujrzeli, że Kocmołuch wybiera się na bal.

Za takie słowa każdy, ale to każdy uczesałby je krzywo. Jednak nie Kopciuszek. Ona miała dobre serce, więc ułożyła im włosy pięknie i gładko.

Przez prawie dwa dni nic nie jadły, tak były przepełnione radością. Aby zwęzić im talię, zaciskano tak mocno tasiemki gorsetów6, że zerwano ich ze dwanaście. A córki macochy wciąż przeglądały się w lustrze.

Aż wreszcie nastał szczęśliwy dzień; panienki wyruszyły na bal, a Kopciuszek śledziła je wzrokiem tak długo, jak tylko mogła. Kiedy już znikły jej z oczu, zaczęła płakać. Widząc, jak Kopciuszek płacze, jej chrzestna matka zapytała, co jej dolega.

— Tak bardzo bym chciała... Tak bardzo bym chciała... — i Kopciuszek zanosiła się takim płaczem, że nie mogła dokończyć zdania.

Matka chrzestna, która była też wróżką, zapytała wtedy:

— Pewnie bardzo chciałabyś pójść na bal, prawda?

— Tak, ale niestety... — westchnęła Kopciuszek.

— A czy będziesz grzeczną dziewczynką? — zapytała matka chrzestna. — Jeśli tak, sprawię, że się na nim znajdziesz.