— A teraz wszystkim wam mówię „dobranoc” — rzekł, ruchem ręki wskazując drzwi, jak gdyby na znak, że ma dosyć naszego towarzystwa i pragnie nas odprawić.

Pani Fairfax złożyła swoją robotkę, ja wzięłam tekę, ukłoniłyśmy się, otrzymałyśmy w zamian zimny ukłon i wyszłyśmy.

— Pani powiedziała, że pan Rochester nie jest dziwaczny, pani Fairfax — zauważyłam, gdy położywszy spać Adelę, przyszłam do niej do jej pokoju.

— Czy pani uważa, że jest?

— Tak mi się wydaje, jest bardzo nierówny i gwałtowny.

— Prawda, niewątpliwie musi się takim wydawać komuś obcemu, jednak ja tak się przyzwyczaiłam do jego maniery, że nigdy o tym nie myślę. Ale też, jeżeli ma jakieś dziwactwo w swym usposobieniu, trzeba mu to wybaczyć.

— Dlaczego?

— Po części, ponieważ to leży w jego naturze, a nikt z nas za swoją naturę nie odpowiada, a po części też dlatego, że ma niewątpliwie przykre myśli, które go dręczą i wpływają na nierówność jego humoru.

— Przykre myśli dotyczące czego?

— Zmartwień rodzinnych przede wszystkim.