— Dobry wieczór pani. Posłałem po panią, mając cel miłosierny na oku. Zakazałem Adeli mówić do mnie o prezentach, które otrzymała, a ona pęka od nawału hamowanych słów. Niechże pani będzie tak dobra wysłuchać ją i odpowiadać jej. Będzie to jeden z najlitościwszych uczynków, jakie pani kiedykolwiek spełniła.
Adela istotnie, skoro tylko ujrzała panią Fairfax, zaciągnęła ją do siebie na kanapę i tam wytrząsnęła na jej kolana skarby ze swojej boîte — porcelanowe, z kości słoniowej i wosku — sypiąc równocześnie objaśnieniami i zachwytami w łamanej angielszczyźnie.
— Teraz, kiedy spełniłem rolę dobrego gospodarza — ciągnął pan Rochester dalej — kiedy dałem gościom moim sposobność do zabawienia się ze sobą, powinno mi być wolno pomyśleć o własnej przyjemności. Panno Eyre, niechże się pani wysunie trochę bardziej naprzód, zanadto z tyłu pani siedzi. Nie mogę pani widzieć bez wykręcania się w tym wygodnym fotelu, a na to nie mam ochoty.
Zrobiłam, jak sobie życzył, choć byłabym wolała pozostać trochę w cieniu. Jednakże pan Rochester jakoś tak po prostu rozkazywał, że zdawało się rzeczą naturalną posłusznie się stosować do jego słów.
Znajdowaliśmy się, jak już wspomniałam, w jadalni. Świecznik, który zapalono do obiadu, wypełniał pokój świąteczną jasnością, obfity ogień płonął czerwonym blaskiem. Purpurowe portiery zwieszały się, bogate i sute, u wysokiego okna i jeszcze wyższej arkady. Ciszę przerywało tylko przygłuszone gadanie Adeli (nie ośmieliła się mówić głośno), a w przerwach uderzanie zimowego deszczu o szybę.
Pan Rochester, siedzący w adamaszkiem pokrytym fotelu, wyglądał inaczej, niż gdy widziałam go pierwej, nie tak surowo, o wiele mniej chmurnie. Uśmiech miał na ustach i oczy jego błyszczały. Nie jestem pewna, czy nie na skutek wina, ale przypuszczam, że bardzo to być mogło. Słowem, był w swoim poobiednim nastroju — przystępniejszy, swobodniejszy, a zarazem bardziej sobie folgujący126 niż w tym porannym, zimnym i sztywnym. Pomimo to i tak dostatecznie groźnie wyglądał, oparty potężną głową o tył wyściełanego fotela, gdy światło ognia padało na jego jak w granicie kute rysy i wielkie, ciemne oczy. Miał bowiem wielkie, ciemne i bardzo piękne oczy, w których głębi jawiło się chwilami coś, co jeśli nie było błyskiem łagodności, to przynajmniej łagodność przywodziło na myśl.
Pan Rochester patrzył ze dwie minuty w ogień, a ja przez ten czas mu się przyglądałam. Nagle, podniósłszy oczy, pochwycił moje, utkwione w jego twarzy spojrzenie.
— Pani mi się przygląda, panno Eyre — powiedział — czy pani uważa, że jestem przystojny?
Gdybym się była zastanowiła, byłabym mu na to odpowiedziała coś konwencjonalnego i nieokreślonego. Jakoś jednakże odpowiedź wymknęła mi się, zanim się sama spostrzegłam:
— Nie, panie.