Ile razy dawniej słyszałam tę piosenkę, zawsze odczuwałam żywą przyjemność, gdyż Bessie miała miły głos, przynajmniej mnie się taki wydawał. Ale tym razem, chociaż głos jej był miły jak zawsze, odczułam w tej melodii niewysłowiony smutek. Chwilami, zajęta swoją robotą, śpiewała końcowy refren ciszej, mocno zwalniając. „Dawno temu”31 brzmiało jak najsmutniejszy refren żałobnego hymnu.

— No proszę, panno Jane, proszę nie płakać — powiedziała Bessie, skończywszy. Mogła była równie dobrze powiedzieć ogniowi: „Nie pal się”. Lecz jakże mogła odgadnąć we mnie chorobliwe cierpienie? Przed południem przyszedł znowu pan Lloyd.

— Jak to? Wstaliśmy już? — zapytał, wchodząc. — Jakże, panno Bessie, jak się ona miewa?

Bessie odpowiedziała, że mam się bardzo dobrze.

— W takim razie powinna by mieć weselszą minkę. Proszę tu przyjść, panno Jane. Panience na imię Jane, nieprawdaż?

— Tak, proszę pana, Jane Eyre.

— Otóż panienka płakała. Czy może mi panienka powiedzieć dlaczego? Czy panienkę coś boli?

— Nie, panie.

— Ach! Ja myślę, że ona płacze, ponieważ nie mogła wyjechać z panią powozem — wtrąciła Bessie.

— Z pewnością nie dlatego. Za duża jest na takie dziecinady.