— Już późno — rzekła pani Fairfax, wchodząc ubrana w szeleszczące jedwabie. — Jestem zadowolona, że zadysponowałam obiad na siódmą, choć pan Rochester wspomniał o szóstej, bo już teraz jest po szóstej. Posłałam Johna, aby wyjrzał przez bramę, czy widać ich na drodze. Stamtąd widzi się długi odcinek w kierunku Millcote.
Podeszła do okna.
— A otóż i on! No i cóż, Johnie — rzekła, wychylając się — czy są jakieś wieści?
— Jadą, proszę pani — odpowiedział. — Za dziesięć minut tu będą.
Adela skoczyła do okna. Ja podążyłam za nią, stając z boku, tak ażeby ukryta za firanką móc widzieć, będąc sama niewidzianą. Te dziesięć minut dłużyły mi się bardzo. Nareszcie rozległ się turkot kół. Czworo jeźdźców galopowało ku podjazdowi, a za nimi jechały dwa otwarte powozy. Wypełniały je wiatrem unoszone woale i powiewające pióra. Dwaj jeźdźcy byli to młodzi, eleganccy panowie, trzecim był pan Rochester na karym wierzchowcu Mesrour. Pilot w susach biegł przed nim. Przy boku pana Rochestera jechała dama i oboje wyprzedzali całe towarzystwo. Karmazynowa amazonka damy sięgała prawie do ziemi, jej długi woal unosił się z wietrzykiem, z jego przejrzystymi fałdami mieszały się i przeświecały przez nie kruczoczarne loki.
— Panna Ingram! — zawołała pani Fairfax i pośpieszyła objąć swój posterunek na dole.
Kawalkada, sunąc wzdłuż zakrętu podjazdowej drogi, niebawem znikła za węgłem domu, straciłam ich z oczu. Adela teraz napierała się, chcąc zejść na dół, ale ja wzięłam ją na kolana i zapowiedziałam, że pod żadnym pozorem nie wolno jej myśleć o pokazywaniu się paniom ani teraz, ani kiedy indziej, dopóki wyraźnie jej nie zawezwą. Pan Rochester bardzo by się gniewał. Wylała parę łez, usłyszawszy ten zakaz, ale gdy przybrałam bardzo poważną minę, zdecydowała się obetrzeć je w końcu.
Wesoły gwar dolatywał teraz z hallu: głębokie tony panów i srebrzyste głosy pań mieszały się harmonijnie, a spośród wszystkich wyróżniał się — choć nie głośny, ale dźwięczny — organ mowy pana domu, witającego miłych gości. Po chwili na schodach rozległy się lekkie kroki i wnet na korytarzu zabrzmiał wesoły, przytłumiony śmiech, otwierano i zamykano drzwi, a potem na czas pewien zapanowała cisza.
— Elles changent de toilettes157 — rzekła Adela, która nasłuchując. uważnie śledziła każdy ruch, i westchnęła.
— Chez maman158 — ciągnęła dalej — gdy byli goście, ja za nimi chodziłam wszędzie, do salonu i do ich pokoi. Często przypatrywałam się, jak panny służące ubierały i czesały swoje panie, i to było takie zajmujące! Comme cela on apprend159.