— A więc cóż pana skłoniło do obarczania się taką laleczką? — tu wskazała Adelę. — Gdzie ją pan wyszukał?

— Ja jej wcale nie szukałem, zrzucono mi ją na barki.

— Trzeba ją było posłać do szkoły.

— Nie mogłem sobie na to pozwolić, szkoły są takie kosztowne!

— Jak to? Zdaje mi się, że pan trzyma dla niej guwernantkę, widziałam z nią jakąś osobę przed chwilą. Czy poszła sobie? O nie! Jest tam jeszcze za firanką, przy oknie. Pan jej płaci, naturalnie, to chyba nie kosztuje mniej? Więcej raczej, bo musi pan je obie w dodatku utrzymywać.

Lękałam się, czy lepiej powiedzieć, że spodziewałam się, iż ta wzmianka o mnie skieruje wzrok pana Rochestera w moją stronę. Mimo woli przesunęłam się głębiej w cień. Ale on wcale nie odwrócił oczu.

— Nie zastanawiałem się nad tym — odpowiedział obojętnie, patrząc prosto przed siebie.

— Nie, wy, mężczyźni nigdy nie zastanawiacie się nad kwestią oszczędności i zdrowego rozsądku. Chciałabym, by pan usłyszał, co mama potrafi na temat guwernantek opowiedzieć. Mary i ja miałyśmy ich swojego czasu coś ze dwanaście, połowa były to nieznośne kreatury, reszta śmieszne postacie. A wszystkie czupiradła, nieprawdaż, mamo?

— Czy do mnie mówisz, moja jedyna?

Panna, tak pieszczotliwie nazwana, powtórzyła pytanie z odpowiednim objaśnieniem.