— Czy nie zaziębiła się panna Jane owej nocy, kiedy to mnie na wpół zatopiła?

— Ani trochę.

— Niech pani wróci do salonu, za wcześnie pani ucieka.

— Jestem zmęczona, panie.

Popatrzył na mnie dłuższą chwilę.

— I trochę przygnębiona — powiedział. — Dlaczego? Proszę mi powiedzieć!

— Ależ nic mi nie jest, nic. Nie jestem wcale przygnębiona.

— A ja twierdzę, że tak. Tak bardzo przygnębiona, że jeszcze parę słów, a łzy puściłyby się z pani oczu... Już tam nawet są, błyszczą, płyną, a jedna kropelka zleciała z rzęsy i upadła na podłogę. Gdybym miał czas i nie bał się śmiertelnie jakiegoś plotkarza, sługi przechodzącego, dowiedziałbym się, co to wszystko ma znaczyć. No dobrze, dziś ja już pannie Jane daruję. Ale niech pani wie, że tak długo, jak moi goście bawić tutaj będą, będę oczekiwał, by pani co wieczór ukazywała się w salonie. Życzę sobie tego, niech pani tego nie zaniedbuje. A teraz proszę iść do siebie i przysłać bonę po Adelę. Dobranoc, moja...

Przerwał, przygryzł usta i opuścił mnie nagle.

Rozdział XVIII