— Czy chciałaby panienka pójść do szkoły?

Znowu zaczęłam się namyślać. Niewiele wiedziałam o tym, czym jest szkoła. Bessie niekiedy mówiła o szkole jako o miejscu, gdzie panienki za karę wsadzano w dyby, gdzie im zawieszano tablice na plecach i gdzie wymagano od nich nadzwyczajnej dystynkcji i dokładności we wszystkim. John Reed nie cierpiał swojej szkoły i wygadywał na nauczyciela. Jednak jego upodobania nie były dla mnie prawem, a jeżeli opowiadanie Bessie o rygorze w szkole (słyszała o tym od panienek z rodziny, w której przebywała, zanim przybyła do Gateshead) wzbudzały nieco strachu, to za to szczegóły dotyczące rozmaitych umiejętności, nabytych przez te same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwalała piękne widoki i kwiaty malowane przez nie, piosenki, które umiały śpiewać, i kawałki muzyczne, które umiały grać. Opowiadała o sakiewkach, które potrafiły robić szydełkiem, i o francuskich książkach, które umiały tłumaczyć. Słuchając tego, miałam ochotę współzawodniczyć z nimi. A przy tym szkoła byłaby zupełną odmianą — łączyła się z tym długa podróż, zupełne rozstanie z Gateshead, przejście do nowego życia.

— Tak, chciałabym pójść do szkoły — brzmiała odpowiedź, głośny wynik moich rozmyślań.

— No, no, nie wiadomo, co się stać może — powiedział pan Lloyd, powstając. — Dziecku potrzeba zmiany powietrza i otoczenia — dodał, mówiąc do siebie — nerwy w nieszczególnym stanie.

Bessie powróciła teraz, równocześnie rozległ się turkot powozu po wysypanej piaskiem drodze.

— Czy to pani wasza powróciła, panno Bessie? — zapytał pan Lloyd. — Chciałbym pomówić z nią, zanim odejdę.

Bessie poprosiła pana Lloyda do jadalni i sprowadziła go na dół. W rozmowie, która nastąpiła teraz (wnosząc z tego, co zaszło później), pan aptekarz odważył się poradzić, by mnie wysłano do szkoły. Rada ta niewątpliwie była chętnie przyjęta, gdyż jak powiedziała Abbot — omawiając tę sprawę z Bessie, podczas gdy szyły pewnego wieczora w dziecinnym pokoju, a ja leżałam już w łóżku i myślały, że śpię — „Pani byłaby, zdaje mi się, zadowolona, mogąc pozbyć się takiego nudnego, niemiłego dziecka, które zdaje się zawsze wszystkich szpiegować i jakieś tam intrygi po cichu obmyślać”. Abbot widocznie uważała mnie za jakiegoś dziecięcego zdrajcę stanu, rewolucjonistę!

Przy tej sposobności dowiedziałam się po raz pierwszy (z tego, co Abbot opowiadała Bessie), że ojciec mój był niezamożnym duchownym. Matka wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uważała tę partię32 za nieodpowiednią dla niej. Dziadek mój, Reed, tak się rozgniewał tym jej nieposłuszeństwem, że wydziedziczył ją i nie dał ani szylinga33. Po roku małżeństwa ojciec zaraził się podczas epidemii, odwiedzając biednych w wielkim, fabrycznym mieście, gdzie leżała jego parafia. Matka zaraziła się od niego i oboje zmarli, jedno miesiąc po drugim.

Bessie, słysząc to opowiadanie, westchnęła i powiedziała:

— Biedna panna Jane... A jednak jest ona godna litości, Abbot!