— Czy pan serio mówi? Czy pan mnie naprawdę kocha? Czy pan szczerze pragnie mieć mnie za żonę?
— Tak jest. A jeżeli dla upewnienia cię potrzeba ci przysięgi, tedy przysięgam ci.
— Jeśli tak, panie, będę pańską żoną...
— Żoneczko moja! Nazwij mnie: Edwardzie!
— Edwardzie drogi!
— Przyjdź do mnie... Przyjdź do mnie, jedyna moja — powiedział i dodał tonem głęboko wzruszonym, z twarzą przytuloną do mojej: — Daj mi szczęście, a będę dbał o twoje.
— Niech Bóg mi przebaczy! — dorzucił niebawem — a człowiek niech się do mnie nie wtrąca: moją jest i już jej nie oddam.
— Któż by się mógł wtrącać, panie? Ja nie mam krewnych, którzy by się do moich spraw mieszać mogli.
— Nie. I to właśnie jest najlepsze — odparł.
Gdybym mniej go kochała, akcent jego i ten wyraz triumfalnej radości byłby mi się wydał niesamowity. Siedząc jednak przy nim, obudzona z tej straszliwej zmory rozstania, czując, że raj mi się otwiera, myślałam tylko o tym szczęściu, którym się poiłam. On raz po raz zapytywał: