— Mniejsza z tym, panie Rochester, co panu po tej wiadomości? Niech mi pan jeszcze raz szczerze odpowie. Czy pan myśli, że panna Ingram nie będzie cierpiała skutkiem pańskiej nieuczciwej kokieterii? Czy nie będzie się czuła opuszczona i porzucona?

— To niemożliwe!... Przecież ci już powiedziałem, że przeciwnie, to ona mnie opuściła. Myśl o moim zadłużeniu ostudziła, a raczej zgasiła sentyment od razu.

— Ciekawą pan uknuł intrygę. Boję się, że pańskie zasady w niektórych punktach nieco szwankują.

— Jane, moje zasady nigdy nie były kształcone. Być może, że wykoślawiły się nieco z braku należytego kierunku.

— Jeszcze raz mówmy serio. Czy ja mogę cieszyć się tym wielkim szczęściem, jakie się stało moim udziałem, bez obawy, że ktoś inny cierpi tak gorzko, jak ja cierpiałam niedawno?

— Możesz, możesz, dziewczątko moje dobre. Nie ma na świecie istoty, która by mnie taką czystą miłością darzyła jak ty, bo to słodkie przeświadczenie noszę w duszy: wiarę w twoje uczucia, Jane.

Dotknęłam ustami ręki, która spoczywała na moim ramieniu. Kochałam go bardzo — więcej, niż słowami odważyłabym się wypowiedzieć, więcej, niżby słowa zdołały wyrazić.

— Zażądaj jeszcze czegoś — rzekł po chwili. — To dla mnie największa przyjemność, gdy mnie prosisz, a ja ci ulegam.

Miałam znów gotową prośbę.

— Niech pan o swoich zamiarach powie pani Fairfax, ona mnie widziała z panem dziś w nocy w hallu i była zgorszona. Niech jej pan wszystko wytłumaczy, zanim się z nią znów zobaczę. Przykro mi, że taka dobra kobieta fałszywie mnie sądzi.