— Co się stało? — zapytał. — Cała słoneczność gdzieś się podziała. Czy rzeczywiście życzysz sobie, żeby ta mała pojechała? Czy sprawi ci to przykrość, jeżeli zostanie w domu?

— Wolałabym, żeby mogła pojechać.

— A więc lećże po kapelusz i wracaj piorunem! — krzyknął na Adelę.

Mała popędziła co sił.

— Ostatecznie jeden ranek z przeszkodami tak wiele nie znaczy — zauważył pan Rochester — skoro niebawem mam posiąść ciebie, twoje myśli, rozmowę i towarzystwo na całe życie.

Adela, umieszczona w powozie, zaczęła mnie całować, wyrażając w ten sposób wdzięczność za wstawiennictwo. Natychmiast została wpakowana w kącik po drugiej stronie pana Rochestera. Wyzierała stamtąd ku mnie, taki srogi sąsiad zbyt był krępujący. Do tego był w burzliwym humorze, nie śmiała się odzywać ze swymi spostrzeżeniami ani prosić o objaśnienia.

— Niech jej pan pozwoli usiąść koło mnie — prosiłam. — Panu będzie może przeszkadzała, a tu, po tej stronie jest tyle miejsca!

Podał ją jak małego pieska.

— Wkrótce oddam ją do szkoły — rzekł, ale teraz się uśmiechał.

Adela, słysząc to, zapytała, czy ma iść do szkoły „sans mademoiselle222.