— Skąd panu o tym wiadomo?
— Mam na to świadka, którego świadectwu nawet pan chyba nie zaprzeczy.
— Proszę, niech go pan przedstawi albo ruszaj pan do diabła!
— Najpierw go przedstawię, jest tutaj obecny. Panie Mason, bądź pan łaskaw przyjść tu bliżej.
Pan Rochester na dźwięk tego imienia zaciął zęby. Przebiegł po nim jakiś konwulsyjny dreszcz. Będąc tak blisko, tuż przy nim, odczułam ten wstrząs furii i rozpaczy. Drugi z obcych, który dotychczas pozostawał w tyle, teraz postąpił naprzód. Blada twarz wychyliła się znad ramienia prawnika — tak, to był on, Mason. Pan Rochester odwrócił się i przeszył go wzrokiem. Oczy jego, jak często wspominałam, były czarne. Teraz w ich ponurej ciemni błyskały jakieś światła rdzawe, raczej krwawe. Twarz jego zarumieniła się, jak gdyby śniade policzki i blade czoło rozżarzyły się płomieniem ognia, płynącego od serca. Podniósł silne ramię i byłby uderzył Masona, byłby go rzucił na posadzkę kościoła i zabił może zapamiętałym ciosem, gdyby nie to, że Mason się cofnął, wydając słaby okrzyk: „O wielki Boże!”. Pogarda ostudziła gniew pana Rochestera, pasja jego zamarła jak pod mrożącym powiewem, zapytał tylko:
— I cóż ty masz do powiedzenia?
Zbielałe wargi Masona wyszeptały jakąś niezrozumiałą odpowiedź.
— Diabli nadali, że też ty nie potrafisz odpowiedzieć wyraźnie. Jeszcze raz pytam, co ty masz do powiedzenia?
— Panie, panie — przerwał duchowny — niech pan nie zapomina, że jest pan w świątyni! — Po czym, zwracając się do Masona, zapytał łagodnie: — Co panu o tym wiadomo? Czy żona tego pana żyje czy nie?
— Odwagi — nalegał prawnik — niechże pan mówi!