— Zabierz powóz do wozowni, Johnie — rozkazał pan Rochester chłodno. — Nie będzie dzisiaj potrzebny.
Gdyśmy weszli, pani Fairfax, Adela, Sophie i Leah wystąpiły naprzeciw nas z powitaniem i życzeniami.
— Idźcie każda w swoją drogę! — krzyknął pan domu. — Co mi po waszych życzeniach? Komu potrzebne? Nie mnie! O piętnaście lat są spóźnione!
Przeszedł i zaczął wstępować na schody, wciąż trzymając moją rękę i wciąż dając tym panom znaki, by szli za nim, co oni też czynili. Weszliśmy na pierwsze schody, przeszliśmy wzdłuż korytarza i stamtąd udaliśmy się na trzecie piętro. Niskie, czarne drzwi, otworzone kluczem pana Rochestera, wpuściły nas do obwieszonego makatami pokoju z wielkim łóżkiem i malowaną szafą.
— Znasz to miejsce, Richardzie — zwrócił się pan domu do Masona — ona cię tutaj pogryzła i pchnęła nożem.
Podniósł zasłonę ze ściany, odkrywając drugie drzwi, te także otworzył. W pokoju bez okna palił się ogień, osłonięty wysoką i silną kratą, i lampa, zawieszona u sufitu na łańcuchu. Grace Poole nachylała się nad ogniem, widocznie gotując coś w garnuszku. W głębokim cieniu, w najdalszym końcu pokoju, postać jakaś biegała tam i z powrotem. Co to było — czy zwierzę czy ludzka istota — trudno było na pierwszy rzut oka rozpoznać. Posuwało się to, zdaje się, na czworakach, parskało i mruczało jak dziwne jakieś dzikie zwierzę. Jednakże ubrane było porządnie, a obfitość ciemnych, siwiejących włosów, rozczochranych jak grzywa, zakrywała głowę i twarz.
— Dzień dobry, pani Poole! — przemówił pan Rochester. — Jak się pani miewa? I jak się miewa dzisiaj pani pupilka?
— Mamy się nie najgorzej, dziękuję panu — odpowiedziała Grace, odstawiając ostrożnie garnuszek. — Trochę burkliwa, ale nie „szalejąca”.
Dziki krzyk zadał kłam tej korzystnej ocenie. Ubrana hiena podniosła się i stała, wysoka, na tylnych łapach.
— Ach! Panie, ona pana widzi! — zawołała Gracja — lepiej niechaj pan odejdzie.