— Litość, Jane, to ze strony niektórych ludzi niepożądany i obraźliwy haracz, który ma się prawo odrzucić. Mówię o litości właściwej sercom twardym i samolubnym, złożonej z egoistycznej przykrości na widok cierpienia i pogardy dla cierpiących. Ale nie taka jest twoja litość, Jane. Nie to uczucie maluje się w tej chwili na twojej twarzy, jaśnieje w twoich oczach, nie takim uczuciem bije twoje serce, drży ręka twoja w mojej. Twoja litość, kochanie moje, jest cierpiącą matką miłości... Przyjmuję ją, Jane, niech i jej córa swobodnie przybywa, wyciągam ku niej ramiona.
— A teraz proszę, niech pan mówi dalej, co pan uczynił, gdy pan się dowiedział, że ona jest obłąkana?
-– Jane, wpadłem w ostateczną rozpacz. W oczach świata honor mój przez nią niewątpliwie był splamiony, jednakże postanowiłem być czysty we własnych. Zerwałem wszelką łączność z jej zbrodniczym postępowaniem, wszelką styczność z jej upośledzoną umysłowością. Pomimo to ludzie wiązali jej nazwisko i osobę ze mną. Widywałem ją i słyszałem codziennie, a przy tym pamiętałem, że byłem niegdyś jej mężem. To wspomnienie było wtedy i jest dotąd dla mnie niewypowiedzianie wstrętne. Przy tym wiedziałem, że dopóki ona żyje, nie mogę poślubić innej, lepszej żony. A chociaż starsza ode mnie o pięć lat (jej rodzina i na punkcie jej wieku mnie okłamała), mogła żyć prawdopodobnie równie długo jak ja, będąc tak silna na ciele, jak była chora na umyśle. W ten sposób, mając lat dwadzieścia sześć, byłem pozbawiony wszelkiej nadziei. Pewnej nocy obudziły mnie jej krzyki (od czasu, gdy lekarz uznał ją za obłąkaną, przebywała oczywiście w odosobnieniu). Była to ogniem dysząca noc, jedna z takich, jakie zwykły poprzedzać huragan w owym klimacie. Nie mogąc spać, wstałem i otworzyłem okno. Powietrze było jak opary siarki, nie mogłem nigdzie znaleźć odświeżenia. Moskity wpadały brzęcząc do pokoju. Morze, które stamtąd mogłem słyszeć, grzmiało głucho jak trzęsienia ziemi, czarne chmury toczyły się nad nim. Zachodzący księżyc zapadał w fale; wielki, czerwony jak rozpalona kula armatnia, ostatnie krwawe spojrzenia rzucał na świat, drgający fermentem burzy. Byłem fizycznie pod wpływem atmosfery i widoku, a do uszu moich lały się przekleństwa, które wariatka wciąż wykrzykiwała. Z przekleństwami mieszała moje imię tonem takiej szatańskiej nienawiści, takim językiem! Żadna ulicznica nie miała nigdy wstrętniejszego słownika... Z odległości dwóch pokoi słyszałem każde słowo, cienkie ściany tamtejszego domu mało hamowały jej nieludzkie ryki. „To życie — powiedziałem w końcu — jest piekłem: piekielne jest to powietrze, piekielne te diabelskie głosy! Mam przecież prawo uwolnić się od tego. Cierpienia tego śmiertelnego istnienia opuszczą mnie wraz z tym ciałem, co obciąża moją duszę. Nie lękam się wiekuistego ognia, nie może być w przyszłości nic gorszego od mojej obecnej doli. Wyrwę się, pójdę, powrócę do Boga!”. Mówiąc to, klęczałem i otwierałem walizkę, w której miałem parę nabitych pistoletów. Zamierzałem się zastrzelić. Zamiar ten jednakże trwał tylko przez chwilę. Byłem zdrów na umyśle, więc natężenie niewymownego bólu i rozpaczy, powodującej to życzenie i ten zamiar, przesiliło się i ustąpiło miejsca rozwadze. Świeży wiatr, płynący od strony Europy, przewiał nad oceanem i wpadł przez otwarte okno. Wybuchła burza, deszcz lał, grzmiało, błyskało się. Po burzy odświeżyło się powietrze. Wtedy powziąłem postanowienie. Chodząc pod kapiącymi, pomarańczowymi drzewami mego wilgotnego ogrodu, pośród zmoczonych granatów i ananasów, podczas gdy świt krajów tropikalnych zapalał się dokoła mnie, rozumowałem w ten sposób... Ale teraz słuchaj, Jane, gdyż to prawdziwa mądrość pocieszyła mnie w tej godzinie i wskazała właściwą drogę. Łagodny wiatr od strony Europy wciąż jeszcze szemrał wśród odświeżonych liści, a Atlantyk grzmiał wolny, swobodny. Serce moje wyschłe, spieczone od dawna, rozszerzało się przy tym odgłosie, nabiegało żywą krwią, istota moja zatęskniła za odnowieniem, dusza zapragnęła źródła żywej wody. Odżywała we mnie nadzieja, czułem, że odrodzenie jest możliwe. Spod kwiecistej arkady na końcu mojego ogrodu patrzyłem na morze, bardziej niebieskie od samego nieba. Stary świat był tam, poza nim, a jasne widoki tak się przedstawiały: „Idź — mówiła nadzieja — żyj znowu w Europie. Tam nikt nie wie, jakie splamione nosisz imię, jakie brudne brzemię dźwigasz na sobie. Możesz zabrać wariatkę ze sobą do Anglii. Zamknij ją pod odpowiednią opieką i z zachowaniem ostrożności w Thornfield, a potem podróżuj sam, dokąd zechcesz. I zawrzyj dowolnie nowe związki. Ta kobieta, która tak nadużyła twojej cierpliwości, tak skalała twoje imię, tak splamiła twój honor, tak ci młodość zatruła, nie jest twoją żoną, ani ty nie jesteś jej mężem. Dbaj o to, ażeby się nią opiekowano starannie, tak jak tego jej stan wymaga, a uczynisz wszystko, czego Bóg i ludzkość mogą od ciebie wymagać. Kim ona jest, jaki jest jej stosunek do ciebie, niechaj to zapadnie w otchłani niepamięci. Nie masz obowiązku wyjawiać tego żywej duszy. Umieść ją w bezpieczeństwie i wygodzie, osłoń upadek jej tajemnicą i opuść ją”. Wedle tego postąpiłem. Ojciec mój i brat nie powiadomili znajomych o moim małżeństwie, bowiem w najpierwszym liście, gdzie im donosiłem o jego spełnieniu, zaczynając już odczuwać przykre jego następstwa i ze stosunków rodzinnych wnosić, jaka mnie ohydna czeka przyszłość, nagląco prosiłem, by utrzymali je w tajemnicy. Bardzo też prędko ojciec mój zawstydziłby się niecnym postępowaniem tej, którą mi wybrał, i nie uznał jej za synową. Nie pragnął więc rozgłaszać ożenku, równie gorliwie jak ja chciał go ukryć. Zawiozłem ją zatem do Anglii. Straszna była ta podróż z takim potworem na okręcie. Rad byłem, gdy nareszcie dostarczyłem ją do Thornfield i bezpiecznie umieściłem w owym pokoju na trzecim piętrze, z którego tajnej, przyległej komory uczyniła jaskinię dzikiego zwierza, celę szatana. Pewną trudność sprawiło mi wyszukanie dla niej dozorczyni, gdyż trzeba było znaleźć osobę pewną i zaufaną. Jej szaleństwa bowiem mogły zdradzić moją tajemnicę. Miewała przy tym okresy przytomności, trwające dni, niekiedy tygodnie całe, które wypełniała wygadywaniem i pomstowaniem na mnie. Nareszcie umówiłem Grace Poole z zakładu w Grimsby. Ona i doktor Carter (ten, który owej nocy opatrywał rany Masona) to jedyne dwie osoby, którym powierzyłem tajemnicę. Pani Fairfax, być może, coś podejrzewała, ale dokładnej znajomości faktów mieć nie mogła. Grace, ogółem biorąc, okazała się dobrą dozorczynią, jakkolwiek z winy po części jej nałogu, z którego, zdaje się, nic wyleczyć jej nie może, a który wypływa z jej męczącego zawodu, czujność jej nieraz zawiodła. Obłąkana jest zarazem chytra i złośliwa, nigdy nie omieszkała skorzystać z chwilowych uchybień dozorczyni. Raz, wykradając nóż, którym zraniła brata, a dwa razy wykradając klucz od swojej celi i wychodząc z niej nocą. Za pierwszym razem dokonała próby spalenia mnie w łóżku, za drugim nastąpiły te okropne odwiedziny u ciebie. Błogosławię Opatrzność, która czuwała nad tobą, tak że szalona furię wylała na twój strój ślubny, który jej może nasunął niejasne wspomnienia dnia własnego ślubu. Ale o tym, co mogło się było zdarzyć, ja nie mogę myśleć spokojnie. Gdy pomyślę, że ten potwór, który dziś rano rzucił mi się do gardła, siną i purpurową twarzą zawisł nad gniazdkiem mojej gołąbki, krew mi się w żyłach ścina...
— A co pan zrobił, gdy ją pan tam umieścił? — zapytałam, gdy przerwał. — Dokąd się pan udał?
— Co zrobiłem, Jane? Zamieniłem się w błędny ognik. Dokąd się udałem? Na niespokojne wędrówki. Błądziłem po kontynencie, po wszystkich krajach Europy. Miałem stałe pragnienie wyszukać i znaleźć kobietę dobrą i inteligentną, przeciwieństwo tej furii, pozostawionej w Thornfield...
— Ależ pan się nie mógł ożenić.
— Postanowiłem i byłem przekonany, że mogę i że powinienem. Nie miałem pierwotnie zamiaru oszukiwać, tak jak oszukałem ciebie. Zamierzałem opowiedzieć moje dzieje po prostu i szczerze postawić moją propozycję. Wydawało mi się to tak zupełnie słuszne, że wolno mi kochać i być kochanym, że nie wątpiłem, iż znajdzie się kobieta chcąca i umiejąca zrozumieć moje położenie i przyjąć mnie, mimo ciążącego nade mną przekleństwa.
— No i cóż, panie?
— Gdy ty się dopytujesz, Jane, ja zawsze muszę się uśmiechnąć. Otwierasz oczy szeroko jak ciekawy ptaszek i przy tym od czasu do czasu poruszasz się niespokojnie, jak gdyby odpowiedzi nie dość prędko płynęły i jakbyś komuś chciała zajrzeć do dna serca. Zanim jednak będę mówił dalej, wytłumacz mi, co znaczy to twoje „No i cóż, panie?”. To małe zdanie często jest na twoich ustach i nieraz wyciągnęło mnie na nieskończone gadanie, sam dobrze nie wiem dlaczego.
— Rozumiem przez to: I co dalej? Jak pan postąpił? Co z tego wynikło?