— Jane — mówił, nachylając się ku mnie i obejmując mnie — czy i teraz tak myślisz?

— Tak, panie.

— A teraz? — łagodnie całując moje czoło i policzek.

— I teraz, panie — odpowiedziałam, wyzwalając się z uścisku szybko i zdecydowanie.

— O, Jane, to boli! To... To jest niepoczciwie! Nie byłoby w tym nic złego, gdybyś mnie kochała!

— Ale postąpiłabym źle, słuchając pana.

Wyraz uniesienia przebiegł po jego twarzy. Podniósł brwi, powstał, ale hamował się jeszcze. Zadrżałam, lęk mnie ogarnął, mimo to trwałam w postanowieniu.

— Jedną chwilę, Jane! Spójrz na mój okropny los, gdy mnie opuścisz. Wszelkie szczęście opuści mnie wraz z tobą. Co mam uczynić? Dokąd się zwrócić po odrobinę nadziei?

— Niech pan uczyni to co i ja: niech pan zaufa Bogu i samemu sobie. Niech pan uwierzy w niebo. Niech pan ma nadzieję, że tam się spotkamy.

— Więc nie chcesz ustąpić?