Mówiąc to, uwolnił mnie z żelaznego objęcia i tylko patrzył na mnie. O wiele trudniej było oprzeć się temu spojrzeniu niż gwałtowności uścisku, a jednak przecież nie mogłam ulec. Obroniłam się przed jego pasją, muszę uciekać przed jego bólem. Postąpiłam ku drzwiom.

— Odchodzisz, Jane?

— Odchodzę, panie.

— Opuszczasz mnie?

— Tak.

— Nie chcesz przyjść? Nie chcesz być moją pocieszycielką, moją odkupicielką? Moja głęboka miłość, mój żal serdeczny, moje gorące błaganie, to wszystko niczym jest dla ciebie?

O, cóż za niewypowiedziany ból drżał w jego głosie! Jak ciężko było powtórzyć stanowczo: „Odchodzę”.

— Jane!

— Panie Rochester!

— Odejdź zatem, zgadzam się, ale pamiętaj, że zostawiasz mnie tutaj w męce. Idź do twego pokoju, zastanów się nad wszystkim, co ci powiedziałem, i rzuć okiem, Jane, na moje cierpienia, miej wzgląd na mnie.