Minęły dwa dni. Jest letni wieczór. Woźnica wysadził mnie w miejscu, zwanym Whiteross. Nie mógł zawieźć mnie dalej za pieniądze, które mu dałam, a ja już nie miałam ani szylinga. Powóz tymczasem odjechał, jestem sama. W tej chwili spostrzegam, że zapomniałam paczki. Trudno, została tam i musi tam pozostać, tylko że teraz jestem ogołocona ze wszystkiego.
Whiteross to nie miasto, nawet nie osada. Jest to tylko kamienny słup, osadzony w miejscu, gdzie schodzą się cztery drogi — pobielony zapewne, by był widoczny z daleka i w ciemnościach. Cztery drogowskazy sterczą z jego szczytu. Dobrze znane nazwy miast, wypisane na nich, wskazują mi, w jakim hrabstwie się znalazłam. Jest to jedno ze środkowo-północnych, faliste, przecięte górami. Widzę to. Wielkie przestrzenie wrzosem zarosłych pagórków są za mną i po obu moich bokach, wzgórza wznoszą się daleko poza tą głęboką doliną leżącą u stóp moich. Zaludnienie musi tu być rzadkie, nie widzę też przechodniów na drogach. Te drogi ciągną się na wschód, zachód, północ i południe — białe, szerokie, puste. Wszystkie prowadzą przez wrzosowisko, a wrzosy, gęste i bujne, sięgają po same ich brzegi. Drogi są puste, jednak jakiś przypadkowy podróżny mógłby przechodzić tędy, a ja pragnę, by mnie żadne ludzkie oko nie widziało. Obcy mogliby się dziwić, co ja tu robię pod tym drogowskazem, stojąc widocznie bez celu jak ktoś zbłąkany. Może by mnie wypytywano, a to, co bym mogła odpowiedzieć, wydałoby się niewiarogodne i podejrzane. Nic mnie nie łączy ze społeczeństwem ludzkim, nikt o mnie dbać nie może, nikt nie okaże mi życzliwości. Pozostaje mi tylko wspólna matka-natura, na jej łonie poszukam wypoczynku...
Puściłam się prosto w gęstwinę wrzosów, po kolana brodziłam w zaroślach. Udałam się do kotliny, gdzie mchem porosły złom granitu stanowił pewną ochronę, i usiadłam. Skała osłaniała mi głowę, nade mną roztaczało się niebo.
Pewien czas minął, zanim się nawet i tutaj poczułam spokojna. Lękałam się, że może w pobliżu pasie się bydło albo że jakiś myśliwy czy kłusownik może mnie tu odkryć. Widząc jednak, że obawy moje były płonne, uspokojona głęboką ciszą chylącego się ku nocy wieczora, nabrałam otuchy. Odzyskałam zdolność myślenia.
Co ja mam począć? Dokąd się udać? Daleką drogę musiałyby przemierzyć moje znużone, drżące nogi, zanim bym dotarła do zabudowań ludzkich. Musiałabym się dopraszać zimnego miłosierdzia, zanim bym uzyskała dach nad głową. Czy wysłucha ktoś, choćby niechętnie, mojego opowiadania? Czy nie oddali od progu, nie zaspokoiwszy moich potrzeb?
Dotknęłam ręką wrzosów — były suche i jeszcze ciepłe od upału letniego dnia. Na czystym niebie migotała dobrotliwie gwiazda. Natura wydała mi się dobra, życzliwa. Jak dziecko do matki garnęłam się do niej serdecznie, ona mi dzisiaj udzieli schronienia... Miałam jeszcze kawałeczek chleba, resztę z kromki, którą, przejeżdżając przez jakieś miasto w południe, kupiłam za pozostałego mi pensa, ostatnią monetę. Widziałam dojrzałe jagody, błyszczące jak czarne perły tu i ówdzie wśród wrzosów. Zebrałam ich garstkę i zjadłam z chlebem. Zaspokoiłam na razie głód dokuczliwy, chociaż nie nasyciłam się tą ucztą pustelnika. Skończywszy, zmówiłam wieczorne pacierze i ułożyłam się do snu.
Pod granitowym złomem wrzosy były bujne i wysokie, zatonęłam w nich prawie w zupełności, a nakryta złożonym szalem, nie odczuwałam chłodu. Byłabym odpoczęła wygodnie i dobrze, gdyby ciężki smutek serca nie bronił mi zasnąć. A smutek ten skarżył się otwartą raną, wewnętrznie krwawiącą — drżał lękiem o pana Rochestera i o jego los, otaczał go żałosną litością, pragnął go nieustanną tęsknotą, a bezsilny, jak ptak o złamanych skrzydłach, trzepotał nimi w daremnych wysiłkach lecenia ku niemu.
Udręczona tą męką, uklękłam. Noc nadeszła, wzeszły gwiazdy. Wiemy, że Bóg jest wszędzie, ale z pewnością nigdy tak nie czujemy Jego obecności, jak wtedy, gdy patrząc na niebo, gdzie w milczącym biegu toczą się Jego światy, widzimy jasno Jego nieskończoność, wszechmoc, wszechobecność. Klękłam, by pomodlić się za pana Rochestera. Pewna byłam, że Bóg, gdy zechce, ocali swe stworzenie. Źródło życia to zarazem Zbawiciel dusz. Pan Rochester był bezpieczny, gdyż był w ręku Boga... Uspokojona przytuliłam się znowu do łona ziemi i niebawem we śnie zapomniałam o zgryzotach.
Ale nazajutrz rzeczywistość odsłoniła przede mną nagie oblicze. Już dawno ptaszki wyleciały z gniazdek, już dawno pszczoły uwijały się, zbierając miód z wrzosów, zanim rosa obeschnie, gdy wstałam i rozejrzałam się dokoła.
Co za cichy, gorący, wspaniały dzień! Jaką złotą pustynię tworzyło pagórkowate wrzosowisko! Wszędzie jaśniał blask słoneczny! Zobaczyłam jaszczurkę przebiegającą po kamieniu i pszczołę kręcącą się wśród słodkich jagód. Ach, jakbym pragnęła stać się pszczołą lub jaszczurką i znaleźć tutaj odpowiednie pożywienie i stałe schronienie! Byłam jednakże ludzką istotą i ludzkie miałam potrzeby — nie mogę zatrzymywać się tutaj, gdzie nic nie znajdę dla ich zaspokojenia. Wstałam, spojrzałam raz jeszcze na miejsce mojego nocnego spoczynku i ruszyłam z powrotem.