— Ja panienki nie „nie lubię”, mnie się zdaje, że ja właśnie panienkę więcej lubię niż wszystkich tamtych.

— Nie okazujesz tego!

— Jesteś bystrym stworzonkiem! Przyswoiłaś sobie zupełnie nowy sposób mówienia. Skąd taka ryzykowna odwaga?

— No cóż, już niedługo wyjadę, a przy tym... — miałam coś powiedzieć o tym, co zaszło między mną a panią Reed, ale po namyśle osądziłam, że lepiej o tej sprawie milczeć.

— A więc cieszy się panienka, że mnie opuszcza?

— Wcale nie, Bessie. W tej chwili to raczej mi żal.

— W tej chwili! I raczej! Jak chłodno moja mała dama to mówi! Przypuszczam, że gdybym teraz poprosiła o buziaka, nie chciałaby mi go panienka dać.

— Pocałuję cię i jeszcze jak chętnie! Nachyl tylko głowę!

Bessie nachyliła się, uściskałyśmy się wzajemnie i poszłam za nią do domu, zupełnie uspokojona. To popołudnie upłynęło w harmonii i zgodzie, a wieczorem Bessie opowiedziała mi jedną ze swoich najbardziej zajmujących historii i zaśpiewała mi kilka najmilszych piosenek. Nawet dla mnie życie miało przebłyski słoneczne.

Rozdział V