— Czy ona sama jedzie? — zapytała odźwierna.
— Tak jest, sama.
— A jak daleko?
— Pięćdziesiąt mil.
— Taka długa droga! Dziwię się, że pani Reed nie boi się tak daleko puścić dziecka samego.
Dyliżans podjechał, oto stał przed bramą, zaprzężony w cztery konie, naładowany pasażerami. Wniesiono moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bessie, do której tuliłam się, obsypując ją pocałunkami.
— Niech się pan nią dobrze opiekuje — zawołała, gdy konduktor wsadzał mnie do środka.
— Dobrze, dobrze — odpowiedział.
Drzwiczki zatrzaśnięto, jakiś głos zawołał: „Wszystko w porządku!” i ruszyliśmy.
W ten sposób rozstałam się z Bessie i z Gateshead — porwana w świat nieznany, a jak mi się wtedy wydawało, w jakieś odległe i tajemnicze przestrzenie.