— Wcale za wiele nie powiedziałam. Wiem, co czuję i jak wstrętna jest dla mnie myśl o małżeństwie. Nikt by się ze mną nie ożenił z miłości, a nie chcę być tylko przedmiotem pieniężnego targu. Zresztą nie nęcą mnie ludzie obcy, niesympatyzujący ze mną, dalecy, różni mi naturą. Potrzeba mi bliskich sobie i pokrewnych, takich, z którymi łączy mnie podobieństwo uczuć. Niech pan jeszcze raz powie, że chce mi być bratem. Gdy pan wymówił te słowa, czułam się zadowolona, szczęśliwa. Niech pan je powtórzy, jeśli pan może, niech pan je powtórzy szczerze!
— Sądzę, że mogę. Wiem, że zawsze kochałem siostry, i wiem, na czym polega przywiązanie moje do nich: na uznaniu ich wartości i podziwie dla ich talentów. I ty masz zasady i duszę bogatą, w upodobaniach i przyzwyczajeniach podobna jesteś do Diany i do Mary. Obecność twoja miła jest mi zawsze, w rozmowie z tobą już od pewnego czasu znalazłem zbawienną pociechę. Czuję, że łatwo i naturalnie mogę w sercu znaleźć miejsce dla ciebie jako dla mojej trzeciej i najmłodszej siostry.
— Dziękuję, to mnie na dziś zadowala. A teraz lepiej, żebyś już poszedł, gdyż pozostając dłużej, może byś mnie na nowo rozdrażnił nieufnym skrupułem.
— A szkoła, panno Eyre? Zapewne teraz trzeba będzie ją zamknąć?
— Nie. Zostanę tutaj, dopóki nie znajdzie się następczyni.
Uśmiechnął się z uznaniem: podaliśmy, sobie ręce i pożegnał się.
Nie potrzebuję szczegółowo opowiadać, jakie jeszcze walki przyszło mi stoczyć, jakich argumentów musiałam używać, by sprawę spadku przeprowadzić tak, jak chciałam. Zadanie moje było bardzo trudne, ponieważ jednak moje postanowienie było niewzruszone, krewni moi zrozumieli w końcu, że ja nieodwołalnie chcę równego podziału, przeto w końcu ustąpili o tyle, że zgodzili się całą sprawę poddać arbitrażowi. Na sędziów obraliśmy pana Olivera i zdolnego prawnika, obaj zgodzili się z moim zdaniem. Wykonałam swoje plany, akta własnościowe zostały przepisane: Saint-John, Diana, Mary i ja — każde z nas posiadało teraz własność.
Rozdział XXXIV
Tymczasem zbliżało się Boże Narodzenie, nadchodził okres ogólnych wakacji. Zamknęłam szkołę w Morton, pamiętając, by nie robić tego pustą ręką. Powodzenie cudownie otwiera rękę, zarówno jak serce, a dać cośkolwiek, gdy się samemu otrzymało wiele, jest tylko dawaniem upustu niezwykłemu nagromadzeniu uczuć. Od dawna z przyjemnością odczuwałam, że wiele wiejskich uczennic mnie lubi. Przy rozstaniu potwierdziło się ono, okazywały bowiem przywiązanie wyraźnie i silnie. Sprawiło mi to głębokie zadowolenie, że rzeczywiście znalazłam miejsce w prostych ich sercach. Przyrzekłam, że w przyszłości będę je co tydzień odwiedzała i dawała im w szkole godzinę lekcji.
Pan Rivers nadszedł w chwili, gdy wypuściwszy dziewczęta — było ich obecnie sześćdziesiąt — i zamknąwszy drzwi, stałam, zamieniając parę słów specjalnego pożegnania z kilkoma najlepszymi uczennicami. Były to tak przyzwoite, uczciwe, skromne i do rzeczy dziewczęta, jakie tylko w brytyjskim, wiejskim ludzie można znaleźć. Bo też brytyjski wieśniak jest najlepiej wychowany, ułożony, najbardziej szanujący się spośród równych sobie w Europie. Widziałam później francuskie paysannes264, niemieckie Bäuerinnen265 — najlepsze z nich wydały mi się ciemne, ordynarne i głupie w porównaniu z moimi dziewczętami z Morton.