Otóż przyznaję, że to mi się nie podobało. Saint-John był dobrym człowiekiem; zaczęłam jednak odczuwać, że powiedział prawdę, mówiąc, że jest twardy i zimny. Ludzkie, miłe strony życia nie pociągały go wcale, spokojna radość dnia powszedniego nie miała dla niego powabu. Żył dosłownie tylko aspiracjami do spraw wielkich, to prawda. Ale nigdy, pomyślałam, nie zazna spokoju, nigdy nie zaakceptuje potrzeby odpoczynku i spokoju u innych. Patrząc na jego wysokie czoło, gładkie i blade jak z białego kamienia, na jego piękne rysy, skupione przy czytaniu, zrozumiałam nagle, że dobrym mężem by on nie był, że ciężka byłaby dola jego żony. Zrozumiałam, jak gdyby w natchnieniu, istotę jego miłości do panny Oliver. Przyznałam mu słuszność, że była to tylko miłość zmysłowa. Zrozumiałam, jak musi pogardzać sobą za podniecający wpływ, jaki ta miłość nań wywiera, jak musi pragnąć zduszenia jej i zgaszenia, jak musi wątpić, czy ta miłość prowadzi do stałego szczęścia jej lub jego. Pojęłam, że był on z tego materiału, z którego natura wykuwa bohaterów — prawodawców, mężów stanu i zdobywców. Tacy bohaterowie są jak silny fundament, na którym opierać się mogą wielkie sprawy, ale przy domowym ognisku aż nazbyt często bywają zimną, zawadzającą kolumną, chmurną i nie na swoim miejscu.
„Ten pokój bawialny to nie jego sfera — rozmyślałam. — Himalaje268, gąszcze krainy Kafrów269, nawet zarażone bagniska na wybrzeżu Gwinei270 odpowiadałyby mu bardziej. Nie dziw, że unika spokoju życia domowego, bo to nie jego żywioł — w nim siły jego i talenty drzemią, nie mogą się rozwinąć i wykazać wartości. W walce i niebezpieczeństwie, tam, gdzie trzeba odwagi, energii, męstwa, tam będzie przemawiał, tam będzie działał jako przewodnik i zwierzchnik. Przy tym ognisku mniej on znaczy niż dziecko. Ma słuszność, że wybrał karierę misjonarza, teraz go rozumiem”.
— Jadą! Jadą! — zawołała Hannah, otwierając drzwi bawialni. W tej samej chwili stary Carlo zaszczekał radośnie. Wybiegłam. Ciemno już było, ale słychać było turkot kół. Hannah nadeszła z latarnią. Powóz stanął przed furtką, naprzód wysiadła jedna znajoma postać, potem druga. W jednej chwili twarz wciskałam pod ich kapelusze, napotykając najpierw gładki policzek Mary, potem rozwiane loki Diany. One śmiały się, całowały mnie, całowały Hannah, pieściły Carla, który szalał z radości, dopytywały, czy wszystko dobrze, a gdy je zapewniłam, że jak najlepiej, pośpiesznie weszły do domu.
Zesztywniały od jazdy z Whiteross i zziębły na mroźnym, nocnym powietrzu, jednakże miłe ich twarzyczki rozpromieniły się w błogim świetle ognia. I gdy woźnica z Hanną wnosili kuferki, zapytały o Saint-Johna. W tej chwili wyszedł z bawialni. Od razu obie zarzuciły mu ręce na szyję. Złożył na twarzy każdej z nich po jednym spokojnym pocałunku, wypowiedział cicho parę słów powitania, stał przez chwilę, podczas gdy do niego mówiły, a potem, zauważywszy, że zapewne wkrótce przyjdą do bawialnego, cofnął się tam, niczym do bezpiecznego schronienia.
Zaprowadziłam kuzynki na górę. Zachwycone były odnowieniem i przyozdobieniem swoich pokoi: nową portierą, świeżymi dywanami, pięknymi, porcelanowymi wazonami. Nie skąpiły słów zadowolenia i zachwytu. A mnie było przyjemnie czuć, że to, co urządziłam, odpowiadało dokładnie ich życzeniom i dodawało uroku ich radosnemu powrotowi do domu.
Miły był ten wieczór. Moje kuzynki, rozweselone, były tak rozmowne, tyle opowiadały, tyle robiły uwag, że ich ożywienie pokrywało małomówność Saint-Johna. On sam szczerze był rad siostrom, ale ich radosnego zapału nie umiał podzielać. W chwili, kiedy zabawialiśmy się w najlepsze — było to może w godzinę po herbacie — rozległo się stukanie do drzwi. Hannah weszła, oznajmiając, że przyszedł biedny chłopak i prosi, żeby pan Rivers odwiedził jego matkę, „której się już niewiele należy”.
— Gdzie ona mieszka, Hannah?
— Prosto pod Whiteross Brow, prawie cztery mile stąd, przez całą drogę idzie się torfowiskami.
— Powiedzcie mu, że pójdę.
— Z przeproszeniem, proszę pana, lepiej by pan nie szedł. To najgorsza droga tak po nocy. Nie ma tam żadnej ścieżki przez trzęsawisko. A poza tym to taka zimna noc, wiatr taki ostry. Lepiej by pan powiedział, że pójdzie jutro rano.