— Tylko dwa miesiące, poznali się w październiku, na balu w S. Gdzie jednak nie ma żadnych przeszkód, jak w tym wypadku, gdzie związek jest ze wszech miar pożądany, zwłoka jest niepotrzebna. Pobiorą się, gdy tylko dom w majątku, który im dziadek oddaje, będzie odświeżony na ich przyjęcie.
Gdy po raz pierwszy po tej wiadomości znalazłam się sam na sam z Saint-Johnem, miałam ochotę zapytać go, czy to wydarzenie sprawiło mu przykrość. Zdawało się jednak, że on mało potrzebuje współczucia, dlatego daleka od zaofiarowania mu go teraz, odczułam wstyd na wspomnienie tego, co kiedyś zaryzykowałam. Przy tym wyszłam z wprawy w rozmawianiu z Saint-Johnem — zamarzł znów pod powłoką powściągliwości, a wobec tego i moja szczerość zamarzła. Nie dotrzymał przyrzeczenia, że będzie mnie traktował na równi z siostrami. Stale zaznaczał drobne, ochładzające różnice między nami, co także nie przyczyniało się do większej serdeczności. Słowem, teraz, kiedy byłam uznaną jego krewniaczką i żyłam z nim pod jednym dachem, czułam, że o wiele dalsi sobie jesteśmy, niż gdy widział we mnie tylko wiejską nauczycielkę. Gdy sobie przypominałam, jakim dawniej obdarzał mnie zaufaniem, pojąć nie mogłam jego obecnego, lodowatego chłodu.
Toteż niemało się zdziwiłam, gdy podniósłszy nagle głowę sponad książki, przemówił do mnie:
— Jak widzisz, Jane, stoczyłem walkę i odniosłem zwycięstwo.
Zaskoczona tym odezwaniem się, dopiero po chwili odparłam:
— Czy tylko jesteś pewien, że nie jesteś w położeniu tych zwycięzców, których triumfy kosztowały ich zbyt wiele? Czy drugie takie zwycięstwo nie zgubiłoby cię?
— Myślę, że nie. A gdyby nawet, nie miałoby to wielkiego znaczenia. Zresztą nigdy już nie będę potrzebował walczyć po raz drugi. Wynik starcia jest rozstrzygający: droga przede mną wolna, dziękuję za to Bogu!
Rzekłszy to, powrócił do swoich papierów i pogrążył się w milczeniu.
Gdy stopniowo nasze (tj. Diany, Mary i moje) wzajemne zadowolenie przeszło w spokojniejszy nastrój i powróciłyśmy do dawnych zwyczajów i zajęć, Saint-John zaczął więcej przesiadywać w domu. Siadywał z nami w tym samym pokoju, niekiedy całymi godzinami. Mary rysowała, Diana zatapiała się w czytaniu poważnych ksiąg (ku mojemu zdumieniu i przerażeniu), ja kułam niemczyznę, on zaś zagłębiał się w jakieś tajemnicze studium — uczył się wschodniego języka, który miał się okazać potrzebny podczas misji.
Tak zajęty w swoim kąciku, wydawał się dosyć spokojny i pochłonięty pracą. Jednakże te niebieskie oczy miały zwyczaj uciekać od cudzoziemskiej gramatyki i pomykać ku nam, a niekiedy przenikać nas z dziwnie wnikliwą obserwacją. Schwytane, cofały się natychmiast, po czym od czasu do czasu powracały znowu, badawcze. Dziwiłam się, nie rozumiejąc, co to znaczy. Dziwiłam się też temu zadowoleniu, jakiego nigdy nie omieszkiwał okazać przy drobnej nawet sposobności, mianowicie ilekroć wybierałam się na cotygodniowe odwiedziny szkoły w Morton. A jeszcze więcej zastanawiało mnie to, że gdy dzień był słotny, gdy padał śnieg albo deszcz, albo gdy dął silny wiatr, a siostry jego nalegały, bym nie wychodziła, żartował lekko z ich troskliwości i zachęcał mnie do spełnienia zadania bez względu na niepogodę.