Obejrzałam się. Saint-John leżał jak przedtem, jak przewrócona kolumna, z twarzą zwróconą ku mnie. Oczy jego błyszczały, baczne i przenikliwe. Wstał i podszedł do mnie.

— Jestem gotowa udać się do Indii, jeżeli mogę udać się tam wolna.

— Twoja odpowiedź — rzekł — jest niewyraźna.

— Byłeś dotychczas moim przybranym bratem, a ja twoją siostrą. Pozostańmy w tym stosunku, lepiej będzie, jeżeli nie zawrzemy małżeństwa.

Potrząsnął głową.

— Przybrane rodzeństwo na nic się tu nie przyda. Gdybyś była moją prawdziwą siostrą, to co innego, zabrałbym ciebie i nie szukałbym żony. Ale tak, jak jest, albo nasz związek musi być uświęcony i przypieczętowany małżeństwem, albo w ogóle istnieć nie może. Praktyczne względy stoją na przeszkodzie wszelkiemu innemu rozwiązaniu. Czy tego nie rozumiesz, Jane? Zastanów się chwilę, twój zdrowy rozsądek niech ci wskaże drogę.

Zastanowiłam się, ale mój rozum wskazywał mi tylko fakt, że my się nie kochamy tak, jak mąż i żona kochać się powinni, zatem nie powinniśmy się pobierać. Powiedziałam to.

— Saint-John — dodałam — ja ciebie uważam za brata, ty mnie za siostrę, pozostańmy nimi nadal.

— Nie możemy... Nie możemy — odpowiedział krótko i stanowczo. — Powiedziałaś, że udasz się ze mną do Indii, pamiętaj, żeś to przyrzekła.

— Warunkowo.