Przy śniadaniu oznajmiłam Dianie i Mary, że udaję się w podróż i będę co najmniej cztery dni nieobecna.

— Sama jedziesz, Jane? — zapytały.

— Tak, a to, żeby zobaczyć... Albo zasięgnąć wiadomości o przyjacielu, o którego od pewnego czasu jestem niespokojna.

Mogły mi były powiedzieć — co niewątpliwie pomyślały — że sądziły, iż nie mam innych przyjaciół prócz nich, gdyż przecież często to mówiłam. Z wrodzonej jednak delikatności powstrzymały się od wszelkich uwag. Diana jedynie zapytała, czy czuję się dość dobrze, by móc się puszczać w drogę. Zauważyła, że jestem bardzo blada. Odpowiedziałam jej, że nic mi nie dolega, oprócz niepokoju, a ten mam nadzieję wkrótce zażegnać.

Opuściłam Moor House o trzeciej po południu, a zaraz po czwartej stanęłam w Whiteross, czekając tam nadejścia dyliżansu. W ciszy tych pustych dróg i samotnych wzgórz już z daleka usłyszałam, że nadjeżdża. Był to ten sam dyliżans, z którego rok temu wysiadłam pewnego letniego wieczora w tym samym miejscu — jakże zrozpaczona, bez nadziei, bez celu przed sobą! Na dany znak dyliżans się zatrzymał. Wsiadłam, już teraz nie potrzebując wszystkim, co posiadałam, opłacać jazdy. W drodze do Thornfield poczułam się niby gołąb pocztowy powracający do domu.

Była to podróż trwająca trzydzieści sześć godzin. Wyruszyłam z Whiteross we wtorek po południu, a wcześnie rano w czwartek dyliżans stanął, by napoić konie przed przydrożną gospodą. Wznosiła się ona w otoczeniu, którego zielone płoty, szerokie pola i pastwiska na niskich pagórkach (jakże łagodnych zarysem i zielenią barwy w porównaniu do surowych wzgórz północno-środkowego kraju w Morton!) powitały mnie jak rysy dobrze niegdyś znajomej twarzy. Tak, znałam charakter tego krajobrazu, byłam pewna, że jestem blisko celu.

— Jak daleko stąd do Thornfield Hall? — zapytałam stajennego.

— Idąc polami, okrągłe dwie milki, proszę pani.

„Więc to już koniec mojej podróży” — pomyślałam.

Wysiadłam, oddałam kuferek pod opiekę stajennego i zamierzałam dalej iść pieszo. Rozjaśniający się dzień oświecił znak gospody „Pod godłem Rochesterów”. Serce zabiło we mnie głośno — więc jestem już na ziemi mojego pana! I znowu serce stanęło, ścisnęła je myśl: