— Owszem, prawym okiem widzę żar, czerwoną mgłę.
— A świece pan widzi?
— Bardzo niewyraźnie, każda jest jak jasny obłoczek.
— A mnie pan może zobaczyć?
— Nie, wróżko moja, ale i tak jestem aż nazbyt szczęśliwy, że mogę słyszeć cię i dotknąć.
— Kiedy pan jada wieczerzę?
— Nie jadam jej wcale.
— Ale dzisiaj musi pan coś zjeść. Ja jestem głodna i pan z pewnością również, tylko pan o tym nie myśli.
Przyzwawszy Mary, postarałam się prędko o uporządkowanie pokoju, przygotowałam mu też smaczny posiłek. Czułam się podniecona, łatwo i z przyjemnością rozmawiałam z nim w czasie wieczerzy i długo jeszcze potem. Nie potrzebowałam krępować się, hamować wesołości i ożywienia wobec niego. Byłam z nim zupełnie swobodna, gdyż wiedziałam, że mu się podobam. Wszystko, co mówiłam albo czyniłam, zdawało się pocieszać go i ożywiać. Rozkoszna świadomość! Życiem i światłem mnie to przenikało, w jego obecności żyłam całą pełnią, on w mojej również. Chociaż niewidomy, uśmiechał się, radość zaświtała mu na twarzy i jej wyraz złagodniał, nabrał ciepła.
Po kolacji zaczął mi zadawać mnóstwo pytań, mianowicie gdzie byłam, co robiłam, jakim sposobem go odnalazłam. Ja jednakże dawałam mu tylko częściowe odpowiedzi, za późno już było tego wieczora wchodzić w szczegóły. Nie chciałam zresztą dotykać żadnej głębiej brzmiącej struny ani otwierać w sercu jego nowego źródła wzruszeń. Chwilowo jedynym moim celem było pokrzepić go i rozweselić. Ożywił się był i rozweselił, jak powiedziałam, ale jeszcze nie na stałe. Skoro tylko chwila milczenia przerywała rozmowę, zaczynał się niepokoić, dotykać mnie, a potem mówił: