— Mam nadzieję, ale nikt nie może być pewny przyszłości.

— Musisz pragnąć opuścić Lowood.

— Nie! Dlaczego miałabym tego pragnąć? Przysłano mnie do Lowood, ażebym zdobyła wykształcenie, i na nic by się zdało wracać, dopóki nie osiągnęłabym tego celu.

— Ale ta nauczycielka, panna Scatcherd, jest taka okrutna dla ciebie!

— Okrutna? Bynajmniej! Jest surowa, nie znosi moich wad.

— Ja, gdybym była na twoim miejscu, ja bym jej nie znosiła. Opierałabym się jej. Gdyby mnie uderzyła tą rózgą, ja bym jej z ręki wyrwała, połamałabym ją przed jej nosem.

— Prawdopodobnie nie zrobiłabyś nic podobnego. A gdybyś to zrobiła, pan Brocklehurst wypędziłby cię ze szkoły. Byłoby to wielkie zmartwienie dla twoich krewnych. O wiele lepiej jest cierpliwie znosić ból, którego nikt nie odczuwa prócz ciebie, niż popełnić czyn nierozważny, którego złe następstwa rozciągnęłyby się na wszystkich twoich bliskich. Zresztą Biblia nakazuje nam za zło płacić dobrem.

— Ale mnie się wydaje, że to wstyd być bitą albo być zmuszoną stać na środku pokoju, gdzie jest pełno osób. A przy tym tyś taka duża dziewczyna... Ja jestem o wiele młodsza od ciebie, a nie mogłabym tego znieść.

— A jednak miałabyś obowiązek znieść, gdybyś tego nie mogła uniknąć. Tylko słaby i niemądry mówi, że nie może znieść tego, czego los zażąda od niego, by zniósł.

Słuchałam jej zdziwiona. Nie mogłam zrozumieć tej zasady wytrzymałości w cierpieniu, a jeszcze mniej mogłam zrozumieć i podzielać jej wyrozumiałość dla swej dręczycielki. Wciąż czułam, że Helen Burns widzi rzeczy w świetle dla mnie niewidzialnym. Przypuszczałam, że może ona ma słuszność, a nie ja, ale nie chciało mi się głębiej rozważać tej sprawy, odkładałam to na sposobniejszą porę.