Tuż obok łóżka panny Temple, na wpół zakryte białą jego kotarą, stało wąskie łóżeczko. Widziałam zarys postaci pod kołdrą, ale twarz ukrywała zasłona. Pielęgniarka, z którą rozmawiałam w ogrodzie, siedziała w fotelu i spała, nikła świeca blado paliła się na stole. Panny Temple nie było. Dowiedziałam się później, że zawołano ją do chorej w ciężkiej malignie79. Postąpiłam naprzód, stanęłam przy łóżeczku. Już rękę wyciągałam do kotary, ale wolałam wpierw przemówić, zanim ją odsunę. Wciąż jeszcze się bałam, że zobaczę umarłą.

— Helen! — szepnęłam cicho. — Czy nie śpisz?

Poruszyła się, odgarnęła kotarę, a wtedy ujrzałam twarz jej bladą, wymizerowaną, ale zupełnie spokojną. Wydała mi się tak mało zmieniona, że lęk mój rozwiał się od razu.

— Czy to być może, że to ty, Jane? — zapytała miłym głosem.

„Och — pomyślałam — ona nie umrze, oni się mylą, przecież nie mogłaby tak mówić ani tak wyglądać spokojnie, gdyby miała umierać!”

Nachyliłam się nad jej łóżeczkiem i ucałowałam ją. Czoło jej było chłodne, policzki zimne i wychudzone, podobnie jak ręce. Ale uśmiechała się po dawnemu.

— Dlaczego przyszłaś, Jane? Już minęła jedenasta, słyszałam, jak biła kilka minut temu.

— Przyszłam cię odwiedzić, Helen. Słyszałam, że jesteś bardzo chora, i czułam, że nie zasnę, dopóki cię nie zobaczę.

— A więc przyszłaś mnie pożegnać. Zdążyłaś, zdaje się, w samą porę.

— Czy ty dokądś wyjeżdżasz, Helen? Czy może jedziesz do domu?