— Pannę Fairfax? Ach, pani chce powiedzieć: pannę Varens. Przyszła pani uczenniczka nazywa się Varens.
— Ach tak! Więc to nie pani córeczka?
— Nie, ja nie mam dzieci.
Miałam ochotę dopytywać dalej, dowiedzieć się, kim jest dla niej mała Varens, ale przypomniałam sobie, że to niegrzecznie zadawać zbyt wiele pytań i że przecież dowiem się tego z czasem.
— Taka jestem zadowolona — mówiła dalej, siadłszy naprzeciw mnie i biorąc kota na kolana — że pani przyjechała. Przyjemne teraz będzie życie w pani towarzystwie. Naturalnie, przyjemnie jest tutaj zawsze.
I wyszła z pokoju, a ja w ślad za nią. Najpierw poszła przekonać się, czy drzwi od hallu zamknięte. Wyciągnąwszy klucz z zamka, poprowadziła mnie na górę. Schody i poręcze były dębowe, okna nad schodami wysokie i zakratowane. Zarówno okna, jak i długa galeria, na którą wychodziły drzwi pokoi sypialnych, robiły wrażenie jakiejś kościelnej, a nie mieszkalnej budowli. Nawet chłód i powietrze jakby sklepień podziemnych panowało na schodach i w galerii, nasuwając niemiłe wrażenie pustki i samotności. Toteż rada byłam, gdy wszedłszy ostatecznie do mojego pokoju, przekonałam się, że jest mały i umeblowany w zwykłym, nowoczesnym stylu.
Gdy pani Fairfax powiedziała mi życzliwie „dobranoc”, zamknęłam drzwi i rozejrzałam się spokojnie dokoła. Wesoły wygląd mojego pokoiku zatarł we mnie niesamowite wrażenie ciemnych, obszernych schodów i długiej, zimnej galerii. Uprzytomniłam sobie, że po całej dobie fizycznego trudu i duchowego niepokoju znajduję się nareszcie w bezpiecznym porcie. Serce wezbrało mi serce wdzięcznością, uklękłam przy łóżku i zaniosłam dziękczynną modlitwę, nie zapominając błagać o dalszą pomoc i możność zasłużenia na tę dobroć, którą mi tak szczerze ofiarowano, zanim na nią zapracowałam. Posłanie moje było bez zarzutu, a w samotnym pokoju nie czaiły się strachy. Zmęczona i równocześnie zadowolona, zasnęłam niebawem mocno. Był jasny dzień, gdy się obudziłam.
Tak wesoły wydał mi się pokoik, gdy słońce zaświeciło przez niebieskie, perkalowe firanki u okna, ukazując tapetowane ściany i dywan na podłodze, tak się to różniło od prostych desek i poplamionych tynków w Lowood, że na ten widok wpadłam w dobry humor. Zewnętrzne rzeczy mają wielki wpływ na młodych. Pomyślałam, że otwiera się przede mną jaśniejszy okres życia — okres, który będzie miał i kwiaty, i przyjemności obok cierni i trudów. Wszystko we mnie, pobudzone zmianą otoczenia wobec nowego pola otwartego dla nadziei, drgnęło nowym życiem. Nie wiem dokładnie, czego się spodziewałam, ale w każdym razie czegoś miłego. Może nie dzisiaj, nie za miesiąc, ale w nieokreślonej przyszłości.
Wstałam, ubrałam się starannie, chociaż jak najskromniej, gdyż w całej mojej garderobie nie miałam niczego, co by nie było najprościej uszyte. Lubiłam jednak schludność i staranność w ubiorze. Nie leżało w mej naturze zaniedbywanie powierzchowności, niedbanie o wrażenie. Przeciwnie, pragnęłam zawsze wyglądać możliwie najlepiej i podobać się o tyle, o ile mogłam, nie będąc urodziwą. Żałowałam niekiedy, że nie jestem ładniejsza. Pragnęłam mieć żywszą cerę, prosty nos, drobne, rumiane usta. Odczuwałam to jako nieszczęście, że jestem taka mała i blada, że mam rysy tak nieregularne i ostre. Pragnęłam być wysoka, okazała, mieć pięknie rozwiniętą figurę... I skąd się brały we mnie te pragnienia i żale? Trudno by na to odpowiedzieć. Ja sama wtedy nie umiałabym dać sobie na to jasnej odpowiedzi. A przecież był po temu powód — logiczny i naturalny. Bądź co bądź, gdy przyczesałam włosy bardzo gładko i włożyłam czarną sukienkę, która, choć skromna na modłę kwakrów93, miała przynajmniej tę zaletę, iż doskonale leżała, gdy przypięłam czysty biały kołnierzyk, pomyślałam, że wyglądam dosyć przyzwoicie, by móc się pokazać pani Fairfax, a mojej nowej uczennicy nie odstraszyć antypatycznym wyglądem. Otworzyłam tedy okno, ułożyłam wszystko w porządku na toalecie i wyszłam.
Minąwszy długą, matą zasłaną galerię, zeszłam po śliskich, dębowych stopniach i weszłam do hallu. Tam zatrzymałam się na chwilę. Przyglądałam się obrazom na ścianach (jeden, pamiętam, przedstawiał marsowego mężczyznę w zbroi, a drugi damę w upudrowanej peruce i naszyjniku z pereł), brązowej lampie, zwieszającej się od sufitu, wielkiemu zegarowi, którego pudło było zrobione z kunsztownie rzeźbionego dębu i czarnego, politurowanego hebanu. Wszystko wydawało mi się wielce okazałe i wszystko mi imponowało, bo też tak mało byłam przyzwyczajona do wszelkich wspaniałości! Drzwi hallu, do połowy szklane, były otwarte. Stanęłam w progu. Piękny był poranek jesienny. Wczesne słońce świeciło pogodnie nad żółknącymi laskami i jeszcze zielonymi polami. Wyszedłszy na trawnik, podniosłam wzrok i obejrzałam front domu. Był na trzy piętra wysoki, rozmiarami nie ogromnej, ale znacznej wielkości: dwór szlachecki, nie wielkopańska siedziba. Biegnące dokoła dachu blanki94 nadawały mu wygląd malowniczy. Szary front odbijał od zielonego tła drzew, dźwigających mnóstwo wronich gniazd. Ich kraczące mieszkanki unosiły się teraz w powietrzu, przelatując ponad trawnikiem i ogrodem, by opaść na wielkiej łące poza niskim płotem, gdzie rząd potężnych, starych drzew cierniowych, silnych, sękatych i szerokich jak dęby, od razu wyjaśnił mi etymologię nazwy miejscowości95. Dalej widniały wzgórki. Nie były one tak wyniosłe jak te, które otaczały Lowton, ani tak skaliste, i nie tworzyły zapory odgraniczającej od żyjącego świata — ciche i spokojne, jednak zamykające Thornfield w jakimś odosobnieniu, jakiego nie byłabym się spodziewała w pobliżu tak ruchliwej miejscowości jak Millcote. Małe osiedle, którego dachy wyglądały spośród drzew, rozpostarło się na pochyłości jednego pagórka. Miejscowy kościół wznosił się bliżej Thornfield, szczyt jego starej wieży sterczał nad kępą drzew pomiędzy domem a bramami.