— Do mnie? Dziecko moje, co za pomysł! Ja tu jestem tylko gospodynią-zarządczynią. To prawda, że jestem w dalekim pokrewieństwie z Rochesterami ze strony matki, a właściwie nie tyle ja, ile mój zmarły mąż. Mój mąż był duchownym, plebanem w Hay, tej małej wiosce, tam na wzgórzu, a ten kościół blisko bram to był jego kościół. Matka obecnego pana Rochestera była z domu Fairfax, stryjeczno-stryjeczna siostra mojego męża. Ale ja nic sobie nie robię z tego powinowactwa i rzeczywiście jest ono dla mnie niczym. Uważam się po prostu za zwykłą zarządczynię. Mój chlebodawca jest zawsze grzeczny, a ja też niczego więcej nie wymagam.
— A ta mała dziewczynka, moja uczennica?
— To jest pupilka pana Rochestera. Polecił mi wyszukać dla niej nauczycielkę. Sądzę, że ją chce wychowywać tu, w kraju. A oto właśnie ona idzie z boną!
Tak więc wyjaśniła się zagadka. Ta uprzejma, dobrotliwa, maleńka wdowa nie była żadną wielką panią, była osobą zależną, tak jak i ja. Nic na tym w moich oczach nie straciła, przeciwnie, ucieszyło mnie to tylko. Równość pomiędzy nią a mną stawała się rzeczywistsza, nie wynikała tylko z łaskawości z jej strony. Tym lepiej, będę się czuła swobodniej na swoim stanowisku.
Gdy tak rozmyślałam, mała dziewczynka, wyprzedzając towarzyszkę, biegła ku nam przez trawnik. Przyjrzałam się mojej uczennicy, która, zdaje się, z początku mnie nie zauważyła. Było to dziecko jeszcze, może siedmio- albo ośmioletnie, delikatnie zbudowane, z bladą twarzyczką o drobnych rysach. Obfite włosy opadały jej w lokach do pasa.
— Dzień dobry, Adelo — przemówiła pani Fairfax. — Pójdź i przywitaj się z tą panią, która cię będzie uczyła, ażebyś wyrosła z czasem na mądrą kobietę.
Mała zbliżyła się.
— C’est là ma gouvernante!96 — rzekła, wskazując mnie palcem i zwracając się do bony. Ta odpowiedziała:
— Mais oui, certainement.97
— Czy to są cudzoziemki? — zapytałam, ze zdumieniem usłyszawszy język francuski.