Pani Fairfax zatrzymała się chwilę, zajęta zamykaniem drzwi w dachu. Ja, po trosze po omacku, znalazłam wyjście z poddasza i zaczęłam spuszczać się po wąskich schodach ze strychu. Stanęłam na chwilę w długim korytarzu, na który prowadziły. Przegradzał on frontowe i tylne pokoje trzeciego piętra, był wąski, niski i ciemny, o jednym tylko małym okienku na najdalszym końcu. Ze swymi dwoma rzędami małych, czarnych, pozamykanych drzwi sprawiał wrażenie korytarza w zamku jakiegoś Sinobrodego105.

Gdy cicho ruszyłam dalej, uderzył moje uszy odgłos, jakiego najmniej mogłam się spodziewać w miejscu tak spokojnym. Był to śmiech — dziwny, wyraźny, lecz niewesoły. Stanęłam. Śmiech ustał, lecz tylko na chwilę, znów zabrzmiał, ale głośniejszy, gdyż za pierwszym razem, chociaż wyraźny, był bardzo cichy. Teraz przeszedł w hałaśliwy wybuch, który zdawał się budzić echa we wszystkich tych zamkniętych pokojach, jakkolwiek najwyraźniej płynął z jednego, którego drzwi mogłabym wskazać.

— Pani Fairfax! — zawołałam, gdyż usłyszałam, że schodzi ona po schodach. — Czy pani słyszała ten głośny śmiech? Kto to się śmieje?

— Któraś służąca zapewne — odpowiedziała. — Może Grace Poole.

— Czy pani słyszała? — powtórzyłam pytanie.

— Owszem, wyraźnie słyszałam. Ja ją często słyszę, szyje w jednym z tamtych pokoi. Czasami Leah jest z nią. Często, gdy pracują razem, bywają hałaśliwe.

Śmiech znowu się powtórzył cichą gamą i zakończył się szczególnym mamrotaniem.

— Grace! — zawołała pani Fairfax.

Nie spodziewałam się doprawdy, żeby jakaś Grace odpowiedziała — tak tragiczny, tak nadnaturalny wydał mi się ten śmiech. I gdyby nie to, że było to samo południe, że ani pora dnia, ani otoczenie nie sprzyjały zabobonnym nastrojom, byłabym się przelękła. Okazało się wszakże, że byłam niemądra, dziwiąc się tak bardzo i snując niejasne przypuszczenia. Najbliższe drzwi otworzyły się i wyszła służąca — kobieta trzydziestoletnia, przysadzista, krępa, ruda, nieładna. Trudno by sobie wyobrazić zjawisko mniej romantyczne.

— Za wiele hałasu, Grace — upomniała ją pani Fairfax. — Pamiętaj o zasadach.