W ciemności nieprzyjaciel nie mógł dostrzec, jak nas mało i to była sprzyjająca okoliczność. Kazałem schwytanemu strażnikowi łodzi wołać buntowników po nazwisku, mając nadzieję, że ich to skłoni do układów i przyjęcia moich warunków.

Marynarz podszedł i krzyknął:

— Tomie Smith! Tomie Smith!

Tom nastawił uszu.

— Czyś to ty, Jack? — odkrzyknął, poznawszy głos.

— Tak, to ja, Tomie! Radzę ci, rzuć na miłość boską broń i każ to zrobić innym! Inaczej wszystko przepadnie. Poddajcie się póki czas!

— Komu się mamy poddać? — spytał Tom. — Któż tego żąda?

— Tu stoi nasz kapitan wraz z pięćdziesięciu żołnierzami! — odparł Jack. — Od pół godziny śledzą oni was. Bosman padł trupem, Will Trey dogorywa, ja jestem w niewoli, a jeśli się nie poddacie, zginiecie wszyscy marnie.

— Czy zostaniemy ułaskawieni w razie poddania się? — spytał Tom.

— Spytaj sam kapitana! — odparł Jack.