— Robię sukienkę dla dziecka pani Flint.

Clifford odwrócił się. Dziecko! Dziecko! Tym była zupełnie opętana.

— Ostatecznie — rzekł głosem deklamatorskim — można z Racine’a czerpać wszystko, czego człowiekowi potrzeba. Uczucia, które są uporządkowane i ukształtowane, są ważniejsze niż nieuporządkowane uczucia.

Connie przyglądała mu się rozwartymi, niepewnymi, przesłoniętymi oczyma.

— Tak. Jestem tego pewna — rzekła.

— Nowoczesny świat zwulgaryzował tylko uczucia, puściwszy je luzem. Brak nam właśnie klasycznej kontroli.

— Tak — odpowiedziała Connie i pomyślała o nim, jak z pozbawioną wyrazu twarzą uczuciowego idioty słuchał radia. — Ludzie udają, że posiadają uczucia, a w rzeczywistości nie czują nic. Zdaje się, że to się nazywa romantyzmem.

— Właśnie! — rzekł Clifford.

W istocie był zmęczony. Wieczór ten męczył go. Wolałby spędzić go nad swoimi technicznymi książkami albo z dyrektorem kopalni, albo słuchając radia.

Pani Bolton weszła z dwiema szklankami słodu. Dla Clifforda, żeby lepiej spał, i dla Connie, żeby znowu przytyła. Był to regularny napój nocny, który wprowadziła.