Jeszcze jeden zakręt i wyjechali na wyżej położoną drogę ku Stacks Gate. Stacks Gate, widziane z szosy, było tylko jednym olbrzymim i pysznym nowym hotelem, zwanym „Coningsby Arms”, stojącym w czerwieni, bieli i złocie, w barbarzyńskim odosobnieniu przy drodze. Ale gdy się bliżej przyjrzeć, dostrzegało się po lewej całe szeregi ładnych, „nowoczesnych” domów, ustawionych jak kostki domina, z odstępami i ogródkami; była to dziwna partia domina, grana przez jakichś tajemniczych „panów” na przerażonej ziemi. A poza tymi szeregami domów wznosiły się zdumiewające i budzące grozę, olbrzymie konstrukcje prawdziwie nowoczesnej kopalni, zakłady chemiczne i długie galerie, potworne i nieznane dotąd człowiekowi kształty. Same wieże wyciągowe i hałdy kopalni były niepozorne pośród olbrzymich nowych budowli. A przed tym wszystkim stała partia domina, przerwana w jakimś zdumieniu i czekająca, aby ją rozegrano.

To było Stacks Gate, od czasu wojny coś nowego na powierzchni ziemi. W istocie zaś, chociaż Connie nie wiedziała o tym, o pół mili poza hotelem znajdowało się stare Stacks Gate z małą, starą kopalnią i czarniawymi starymi domami, z kilkoma kościółkami i kilkoma sklepikami, z jedną czy dwiema małymi karczmami.

Ale ono już nie wchodziło w rachubę. Potworne chmury dymu i pary wznosiły się z nowej kopalni na wzgórzu, i to było teraz Stacks Gate: bez kościołów, bez karczm, nawet bez sklepów. Tylko olbrzymie „zakłady”, które są nowoczesnym Olimpem ze świątyniami dla wszystkich bogów, tylko wzorowe kolonie robotnicze i hotel. Hotel był w istocie zwykłym szynkiem górniczym, chociaż wyglądał wspaniale.

Nawet od czasu przybycia Connie miejscowość ta rozrosła się jeszcze bardziej, a wzorowa kolonia wypełniła się szumowinami, które napływały zewsząd, aby obok innych zatrudnień czyhać także na króliki Clifforda.

Auto jechało dalej po wzgórzach, i Connie widziała przed sobą rozpostarte faliste hrabstwo. Hrabstwo! Było to niegdyś dumne i piękne hrabstwo. Na wprost, tak samo groźna i zawieszona na skraju nieba, widniała olbrzymia, wspaniała masa Chadwick Hall, składająca się raczej z okien niż murów, jednego z najsłynniejszych domów z czasów elżbietańskich. Szlachetny dom wznosił się samotnie ponad wielkim parkiem — przestarzały, miniony. Konserwowano go jeszcze, ale tylko na pokaz. „Patrzcie, jak po pańsku umieli żyć nasi przodkowie!”

To była przeszłość. Teraźniejszość leżała w dole. Bóg tylko wiedział, gdzie będzie leżała przyszłość. Auto przemykało się już pomiędzy małymi, poczerniałymi domkami robotniczymi, zmierzając ku Uthwaite. Zaś Uthwaite słało w wilgotne dni całe gromady chmur, dymu i pary do nie wiadomo jakich bogów. Uthwaite, położone w dolinie, wywierało zawsze na Connie jakieś dziwne wrażenie swymi poprzeciąganymi po ziemi nitkami stalowymi szyn do Sheffield, swymi kopalniami węgla i hutami żelaza, które słały z długich rur dym i żar, i swoją ciągle jeszcze przebijającą się poprzez opary iglastą wieżycą kościoła, bliską zawalenia się. Było to stare miasteczko targowe, punkt centralny otaczających dolin. Jedna z pierwszych gospód nosiła nazwę „Zajazd Chatterley”. Tutaj w Uthwaite Wragby znane było jako Wragby, jakby było odrębną miejscowością, a nie tylko domem, jak uważali obcy: Wragby Hall koło Tevershall; Wragby, „siedziba rodowa”.

Domki górników stały zakopcone tuż przy chodniku, w owej skromności i niepozorności sadyb górniczych liczących ponad sto lat. Obrzeżały one całą drogę. Szosa stała się ulicą, a gdy się zniżała, zapominało się od razu o otwartej, rozciągającej się falisto okolicy, gdzie ciągle jeszcze panowały zamki i wielkie pałace pańskie, ale już niby zjawy z zaświata. Tutaj znajdował się człowiek wprost ponad kłębowiskiem szyn kolejowych, a odlewnie i inne „zakłady” wznosiły się obok, tak wielkie, że miało się tylko świadomość nieskończonych murów. Żelazo szczękało, budząc hałaśliwe echo, olbrzymie lory wstrząsały ziemią, gwizdki brzmiały ogłuszająco.

Ale później, kiedy się zjeżdżało na dół, do samego serca miasteczka, w zagmatwane rojowisko za kościołem, było się znowu w świecie sprzed dwustu lat, na krzywych uliczkach, gdzie stał „Zajazd Chatterley” i stara apteka, na drogach, które wiodły niegdyś w dziki, otwarty świat zamków i wspaniałych siedzib pańskich.

Na rogu policjant podniósł jednak rękę, gdy przejechały trzy naładowane żelazem lory, wprawiające biedny kościółek w drżenie. I nie wcześniej mógł pozdrowić jaśnie panią, aż lory przejechały.

Tak było. Na stare, krzywe uliczki miejskie tłoczyły się hordy zestarzałych, sczerniałych domków górniczych, obrzeżając wiodące w świat drogi. A bezpośrednio po nich następowały nowsze, bardziej czerwonawe szeregi większych domów, którymi usiana była dolina: siedziby nowoczesnych robotników. A poza nimi znowu, na rozległych, falistych połaciach zamkowych, ciągnęły się w dal smugi dymu i pary, a plama za plamą surowej czerwonawej cegły wskazywała nowe osiedla górnicze, niekiedy w dolinach, niekiedy ohydnie rozlokowane wzdłuż zboczy pagórków. A pomiędzy tym wszystkim, w samym środku, były postrzępione resztki starej Anglii, Anglii dyliżansów i chłopskich chat, nawet Anglii Robin Hooda — gdzie górnicy wałęsali się w posępności tłumionych popędów myśliwskich, kiedy nie mieli pracy.