— Niektórzy ludzie już tacy są — odpowiedział. Potem dodał z odcieniem poufałej ironii: — A jakże jest z panią? I czy pani nie jest również czymś w rodzaju takiego samotnika?
Connie, nieco zaskoczona, zastanowiła się przez chwilę, potem powiedziała:
— Tylko w pewnym sensie! Nie tak dalece, jak pan!
— Czy ja jestem tak dalece samotnikiem? — zapytał Michaelis ze swoim dziwnym uśmiechem, tak bolesnym, że był już skrzywieniem się, jakby go bolały zęby; oczy jego były przy tym zupełnie melancholijne, czy też stoickie, czy pozbawione złudzeń, czy zalęknione.
— Co? — zapytała Connie prawie bez tchu, kiedy na nią spojrzał. — Czy pan nim nie jest?
Czuła tak straszliwe wezwanie, płynące od niego ku niej, że omal nie straciła równowagi.
— O, ma pani zupełną rację! — rzekł Michaelis, odwracając głowę i spoglądając w bok, z ową dziwną nieruchomością starej rasy, ową nieruchomością, jaka dzisiaj niemal już nie istnieje. I ona to właśnie pozbawiła Connie siły obserwowania go w odosobnieniu od siebie samej.
Spojrzał na nią, owym pełnym wzrokiem, który widział wszystko, wszystko spostrzegał. Ale jednocześnie dziecko płaczące w nocy krzyknęło ku niej z jego piersi w taki sposób, że odczuła to w głębi swego łona.
— To bardzo ładnie, że pani o mnie myśli — powiedział lakonicznie.
— Dlaczego nie miałabym myśleć o panu? — zawołała Connie, ledwie znajdując dość tchu, aby to wypowiedzieć.