— Bywają też na świecie czułe kobiety — wtrąciła Connie, podnosząc wzrok i odzywając się nareszcie.
Mężczyźni zgorszyli się... powinna była udawać, że nic nie słyszała. Stropiło ich, kiedy przyznała w ten sposób, że przysłuchiwała się uważnie takiej rozmowie.
— Boże mój! „Jeżeli one nie są dla mnie czułe, po co ja się mam trapić, by być czułym dla nich?”27 Nie, to jest beznadziejne! Po prostu nie potrafię współdźwięczeć harmonicznie z kobietą. Nie istnieje kobieta, której bym naprawdę mógł pożądać, kiedy stoję naprzeciw niej, a nie mam zamiaru zmuszać się do tego... Boże mój, nie, wolę pozostać takim, jakim jestem, i żyć nadal życiem duchowym. Jest to jedyna rzecz uczciwa, jaką potrafię robić. Mogę być zupełnie szczęśliwy, rozmawiając z kobietą; ale to wszystko jest czyste, beznadziejnie czyste. Beznadziejnie czyste! A cóż ty na to, Hildebrandzie, synu mój?
— O wiele mniej skomplikowane jest, kiedy się pozostaje czystym — odpowiedział Berry.
— Tak, życie jest o wiele za proste!
Rozdział piąty
Pewnego mroźnego poranka rozjaśnionego słabym słońcem lutowym Clifford i Connie udali się na przechadzkę przez park do lasu. Clifford jechał w swoim fotelu motorowym, a Connie szła obok niego.
Ostre powietrze ciągle jeszcze przesiąknięte było siarką, ale oni przywykli już do tego. Nad niedalekim horyzontem unosiły się opary, opalizując od mrozu i dymu, zaś w górze leżało małe, błękitne niebo; miało się wrażenie, jakby się było wewnątrz ogrodzenia, zawsze wewnątrz. Życie było zawsze snem albo szaleństwem wewnątrz ogrodzenia.
Owce pasły się na grubej, suchej trawie parku, gdzie szron pokrywał niebieskawą warstwą źdźbła i kępki trawy. Przez park biegła ścieżka do furtki lasu, wąska, różowa wstęga. Clifford kazał ją świeżo wysypać przesiewanym gruzem z hałd kopalni. Kiedy kamienie i odpadki świata podziemnego wypaliły się i oddały swoją siarkę, przybierały barwę jasnoróżową, barwę krewetek w dni suche, ciemną barwę krabów w dni dżdżyste. Dzisiaj żwir miał blady kolor krewetek z niebieskawobiałą powłoką szronu. Connie podobał się zawsze ten kobierzec przesiewanych, jasnoróżowych kamyków. Zły to wiatr, który nikomu nie przynosi nic dobrego.
Clifford kierował ostrożnie po stoku wiodącym od domu; ręka Connie spoczywała na poręczy fotela. Przed nimi leżał las, najpierw leszczynowy zagajnik, za nim fioletowa masa dębów. Przed lasem skakały, skubiąc coś, króliki. Wrony uniosły się nagle czarną chmurą i odfrunęły.