— Pański przyjaciel? dobrego masz przyjaciela! Czy wiesz pan, że to on przybiegł mnie ostrzec? Był w towarzystwie ojca i drugiego krewnego.
— On!
— On sam.
— Jesteś pan pewien swego twierdzenia?
— Bardzo pewien; ale jak go pan nazwałeś?
— Kawaler de Saint-Ouin.
— A, kawaler de Saint-Ouin, jesteśmy w domu! Wiesz pan, kto to taki ów pański przyjaciel, serdeczny przyjaciel, kawaler de Saint-Ouin? Oszust, człowiek znany z tysiąca łajdackich sztuczek. Policja pozwala swobodnie krążyć tego rodzaju ludziom jedynie z przyczyny korzyści, jakie z nich czerpie niekiedy. Są to hultaje, za pomocą których tropi się innych hultajów: widocznie więcej świadczą usług przez to, co za ich pomocą udaje się wyśledzić i odwrócić, niż wyrządzają szkody złem, które sami czynią...
Opowiedziałem komisarzowi smutną przygodę, tak jak w istocie się odbyła. Nie o wiele poprawiło to w jego oczach moje widoki; wszystkiego bowiem, co mogło świadczyć za mną, nie dało się ani przytoczyć, ani udowodnić przed trybunałem. Bądź co bądź, podjął się wezwać ojca i matkę, przycisnąć do muru córkę, objaśnić sędziego i nie zaniedbać nic, co by mogło posłużyć do mego uniewinnienia, uprzedzając wszelako, iż jeżeli ci ludzie będą mieli za plecami kutego doradcę, władza niewiele może tutaj wskórać.
— Jak to, panie komisarzu, będę zmuszony się ożenić?
— Ożenić! to byłoby za srogo; tego się nie obawiam; ale wejdzie tu w grę kwestia odszkodowania, a w takich razach bywa ono znaczne... Ale Kubusiu, zdaje mi się, że ty masz coś do powiedzenia.