PAN: I ty myślisz, że ja będę tkwił trzy miesiące w domu doktora, zanim usłyszę pierwsze słowo, o twoich amorach? O, Kubusiu, to być nie może. Darujże mi, błagam, opis domu i charakteru doktora i humorów doktorzyny, i postępów leczenia; przeskocz to wszystko. Do rzeczy! śpieszmy do rzeczy! Zatem, kolano na wpół wyleczone, masz się niezgorzej i kochasz.

KUBUŚ: Kocham tedy, skoro panu tak pilno.

PAN: I kogóż kochasz?

KUBUŚ: Słuszną brunetkę lat osiemnastu, o kibici prześlicznie wykrojonej, wielkie czarne oczy, małe wiśniowe usta, piękne ramiona, ładne rączki... ba, te rączki...

PAN: Zdaje ci się, że jeszcze je trzymasz.

KUBUŚ: Bo też pan niejeden raz brał je i trzymał ukradkiem, i od nich jeno zależało, abyś pan z nimi zrobił wszystko co...

PAN: Na honor, Kubusiu, nie spodziewałem się tego zwrotu.

KUBUŚ: Ani ja.

PAN: Daremnie błądzę myślą, nie przypominam sobie ani słusznej brunetki, ani ładnych rączek: staraj się tłumaczyć jaśniej.

KUBUŚ: Zgoda; ale pod warunkiem, że cofniemy się i wrócimy do domu chirurga.