Kiedy wieczorem Ajdar przyszedł do pałacu, osłupiał. Ledwie mógł uwierzyć, że w jego domu dzieją się takie cuda.
— Jednak ty jesteś inna niż wszystkie — rzekł i chwycił ją w ramiona.
Na brak miłości Ludmiła nie mogła się skarżyć. Jeśli się skrycie skarżyła, to na jej zbytek, a właściwie na dowody tej miłości. Behadyr kochał ją bardziej niż wszystkie inne żony, przepadał za nią jak za kumysem, traktował ją lepiej niż swego konia, co u Tatarów było czymś niezwykłym. Na pewno ją kochał, jeśli namiętność można tak nazwać, ale porozumiewanie się bez słów, wspólnota dusz, z których powoli wyrasta przyjaźń i przywiązanie, nie mogły się między nimi zadzierzgnąć. Byli sobie bliscy i obcy, jakby za każdym spotkaniem pierwszy raz się widzieli. Ich serca prowadziły jakąś nieustanną walkę, w której skrzydła gołąbki ciągle się wymykały spod skrzydeł sokoła. Dla sokoła ta walka miała urok, podniecała go, dodawała ich małżeństwu świeżego, niewyczerpanego smaku nowości. Ajdar nigdy nie był pewien, czy już zawojował brankę, i choć od ślubu minęło już kilka lat, ciągle na nowo ją zdobywał.
W rozmowach z Ludmiłą coraz częściej poruszał poważne tematy. Czasem nawet żonie zdawało się, że pokrętnymi sposobami szuka u niej rady. Teraz niezmiernie był ciekaw, czy podobała się jej stolica chanów; dla niego była istnym cudem świata. Ale Ludmiła nie śpieszyła się ze zwiedzaniem Karakorum. Ów brak pośpiechu miał swoje źródło w pewnej obawie, która od dawna trapiła branki. Mimo różnych pocieszających pozorów, przekonane były, że prędzej czy później trafią do haremu, jak wszystkie kobiety Wschodu.
Niezmiernie się zdziwiły, kiedy im powiedziano, że mongolskim państwem od kilku lat rządzi kobieta. Kiedy wjeżdżając do Karakorum, spostrzegły mnóstwo kobiet bez zasłon na twarzy, nie wierzyły własnym oczom. Pewnego dnia Arguna przywołała Elżbietę i kazała jej zaprowadzić Kałgę, który był okrutnie ciekaw wszystkiego, do centrum miasta. Chwalić Boga, że choć ona będzie mogła wychodzić, pomyślała Ludmiła. Ale czy pani wypada robić to samo, co służącej? Niepewna, nadto przezorna, aby się narażać na gniew męża i nadto dumna, aby prosić o pozwolenie, nie śmiała się ruszyć z domu. Dopiero kiedy inne żony Ajdara zaczęły się dziwić, że nie odwiedza bazarów, gdy sam Ajdar ją zagadnął pytając, jakie wrażenie zrobiła na niej stolica, zrozumiała, że tu muszą panować jakieś inne prawa. Po tym odkryciu zainteresowała się miastem i krajem, a nawet zaczęła nieśmiało pytać, czy daleko jest ów Chiński Mur. Kiedy dowiedziała się, że o czterdzieści pięć dni drogi od Karakorum, struchlała.
— Jesteśmy na samym końcu świata! — w głosie Ludmiły brzmiała trwoga.
— Nie można się dziwić, że wojny i nieszczęścia zalały ziemię — odpowiedziała Elżbieta. — Gog i Magog widocznie przełamali zaporę. Już niedługo zabrzmią trąby archaniołów96.
Ta myśl była straszna, ale dodawała odwagi. Czy warto się tak troszczyć o doczesne życie, które wkrótce zostanie zwinięte jak wędrowna jurta? Jeszcze trochę pocierpimy, pomyślały branki, lada dzień wszystko się skończy i wrócimy już nie do ziemskiej, ale do niebieskiej ojczyzny.
W celu duchowego pokrzepienia wybrały się do kościoła. Ludmiła jechała konno i z orszakiem, Ajdar nie pozwalał inaczej; Elżbieta szła przy niej w kożuszku i barankowej czapce. Oczy żony behadyra zachodziły łzami; nie mogła się z tym pogodzić.
— Moja Ludko — śmiała się Elżbieta — nie marnuj łez na takie głupstwa.