Teraz miała więcej czasu i swobody. Panowie, Ajdar i Kałga, coraz częściej i coraz dłużej bawili w dalekich stronach, Arguna już od kilku lat nie żyła. Ciężki był dla niej koniec. Kałga zatruł matce stare lata obojętnością i niewdzięcznością. Twarda Mongołka, zraniona i zawiedziona w swej jedynej i bezgranicznej miłości do syna, zamknęła serce i usta na żelazne wrzeciądze. Nie oskarżała go, ale stała się smutna i ponura. Umarła w osamotnieniu, nie wspominając nawet ukochanego syna, którego nie było przy łożu śmierci.
W tym samym roku w swoim ułusie nad Donem zmarł Subutaj143, najstarszy i największy z behadyrów. Teraz niedawno doszła wieść, że książę Batu skończył życie nad Wołgą i jeszcze naród po niej nie ochłonął, już przyszła druga, że i Sartak poszedł za ojcem. Nastawały jakieś inne czasy. Po szczeblach władzy wspinali się nowi ludzie; synowie, lub nawet już i wnukowie tych, z którymi branki przybyły do Mongolii.
W roku 1259, po niecałych ośmiu latach panowania, cesarz Mangu zmarł gdzieś daleko w Chinach; nie zdążył się jeszcze nacieszyć zwycięstwem, jakie właśnie odniósł przy podbijaniu wielkiego cesarstwa Sung. Zabił go klimat południowy, jedyny wróg, wobec którego Tatarzy144 byli bezsilni. I znów zwłoki cesarskie powracały długą drogą, i znów śmierć codziennie zbierała obfite żniwo. Niektórzy zaczynali wątpić, czy te krwawe hołdy były miłe nieboszczykowi. Cesarz Mangu w ostatnich latach życia dowiódł, że nie jest zwolennikiem obyczajów przodków. Wojnę chińską prowadził w zupełnie nowym duchu, nie pustoszył miast, nie palił wiosek, po zdobyciu największych grodów tylko ich dowódcy padali pod mieczem, ludność pozostawała przy życiu, zachowując mienie.
Wkrótce po śmierci chana pod murami Karakorum ogłoszono kuryłtaj elekcyjny. Ściągnęli prawie wszyscy książęta i zgodnie wybrali księcia Aryk-Bugę, który miał największe wpływy. Nieboszczyk Mangu, wyjeżdżając na chińską wyprawę, właśnie jemu powierzył zarząd Mongolii. Ale w tym samym czasie Kubilaj, pozostający z wojskiem w Chinach, zwołał tam drugi sejm złożony głównie z wodzów i został okrzyknięty chanem. Nastąpił przełom w państwie. Dobrze, że księżna Siurkukteni145 nie doczekała tej strasznej chwili, kiedy doszło do wojny między synami.
Zwycięzcą został Kubilaj. Nie na próżno los mu sprzyjał; ledwie zasiadł na tronie, odwrócił całą kartę dziejów Mongolii. A na nowej karcie nie było już dziejów Mongolii, zaczynały się dzieje Chin.
Aby zupełnie zerwać z ciemną przeszłością, aby odciąć się od krwawej historii i wejść na nową drogę, Kubilaj potrzebował niesłychanej odwagi. Naprzód, pierwszy z potomków Dżyngis-chana, porzucił politykę religijnej obojętności i przyjął wyznanie Buddy. Ta jedna zmiana spowodowała nieobliczalne następstwa: smętny i łagodny buddyzm, zabraniający przede wszystkim zabijania, szukający spokoju i tylko spokoju, skuteczniej ujarzmił dzicz północną niż całe miliony wojska.
Kubilaj przybrał sobie nowe imię chańskie, a cały naród Dżyngischanidów nazwał dynastią „Yuan”. Tu złożył najwymowniejszy hołd cywilizacji: zamiast mongolizować Chiny, postanowił schińszczyć Mongolię, wolał należeć do dwudziestej dynastii państwa oświeconego niż do pierwszej dynastii barbarzyńców. Na koniec, zdając sobie sprawę z tego, że tam, gdzie stolica, tam serce monarchii, przeniósł stolicę z Karakorum do Pekinu, wówczas zwanego Chambałykiem. Od panów tatarskich zażądał, żeby w nowej stolicy budowali sobie pałace. Kiedy zwrócił się z tym do Ajdara, stepowy behadyr posmutniał, ale nie śmiał odmówić chanowi.
Branki przyjęły wiadomość z głęboką boleścią. Cóż z tego, że ludzie opowiadają dziwy o szklanych pałacach, o kaflowych miastach, o aromatycznych napojach, pięknych roślinach, jakie tam rodzi ziemia. Ale czy to na pewno jeszcze ziemia? Przecież świat kończy się Murem. Te wszystkie dziwy, czy to nie piekielna mamona, którą posługuje się szatan? Tu, co prawda, smutne i wietrzne pustynie, ale przynajmniej otwarte daleko, aż gdzieś ku ojczyźnie, jak gdyby ogromny dziedziniec, po którym błądzą marzenia o powrocie.
W ich pamięci tkwiło jeszcze wspomnienie, które mogło służyć za podporę nadziejom, wspomnienie wątłe jak nić jedwabnika, blade jak promień księżyca, jednak pocieszające. Proroctwo ojca Pawła. Pamiętały doskonale każde jego słowo. Przewracały i nicowały je na tysiące sposobów, chcąc odkryć właściwe znaczenie. Wszak na samym końcu powiedział: „A kiedy powrócicie, odnajdziecie skarb utracony”. Więc wrócą! Ale skąd? Do jakiego życia przystosować tę wróżbę? Do jakiej ojczyzny, doczesnej czy wiecznej?
Póki jeszcze nie przeszły owego nieszczęsnego Muru, póty mogły się spodziewać jakichś wydarzeń umożliwiających powrót do kraju: wielkich wojen, przybycia nowych misjonarzy. Ale teraz już po wszystkim!