Sposobności do okazania pokory było wiele. Drogą nadjeżdżał jakiś orszak, liczny i strojny. Niewiasty ustąpiły z gościńca i przystanęły z boku, przyglądając się z zainteresowaniem.

Ludmiła wyrwała z rąk Elżbiety koszyczek z brzękadełkiem i rzekła:

— Poczekaj, ja poproszę.

— Dobrze, dobrze — odparła z uśmiechem Elżbieta i podała jej swój kostur. Ludmiła zawiesiła na nim koszyczek i wyciągnęła kij ku drodze, by odebrać jałmużnę. Ale kij zaczął drżeć w jej dłoniach, na widok orszaku ożyły wspomnienia.

— Czy słyszysz? Czy poznajesz tę piosenkę? — szepnęła i kurczowo chwyciła ramię Elżbiety.

Istotnie była znajoma. Gdzie i kiedy ją słyszały, nie mogły sobie przypomnieć, ale z melodią wiązał się jakiś obraz bardzo dawny i jakieś bardzo miłe wrażenie.

Świąteczny lub weselny orszak wyglądał imponująco. Na czapkach podróżnych, nawet na łbach końskich, zatknięte były zielone gałązki. Wszyscy śpiewali pojedynczo lub chórem. Właśnie teraz jakiś srebrzysty głos młodzieńczy zanucił słowa:

Poznaje drzewa ojczyzny swojej.

Klasztorna wieża dzwonem go wzywa.