— Kraków! — krzyknęły prawie jednocześnie.

Tak, to był Kraków, z Wisłą i Wawelem.

— Prawdę mówił anioł! — zawołała Elżbieta. Przypędził nas aż tutaj swoją straszną rózgą.

— Ach, Elżuniu, chyba nie na próżno? Czyżby przeprowadził nas przez tyle niebezpieczeństw, aby nam pokazać, że nikt na nas nie czeka? Jaś musi tu być! Jeśli gdziekolwiek jest, to właśnie tu! — Obie uklękły, rozciągając się krzyżem, i ucałowały ziemię, świętą ojczystą ziemię.

Czy to Kraków?

Zgryzota i wyczerpanie podróżą spowodowały wzmożenie się trądu i ledwie niewiasty doszły do celu, choroba powaliła je na twarde lazaretowe łoża. Krakowski lazaret był bez porównania zasobniejszy niż wrocławski; schludny, porządny, ale zimny. Ruch stołeczny czuło się nawet pod tym dachem; rwał i studził wszelkie stosunki. Zarządcy lazaretu, znużeni pracą przy chorych i nieskończonym przepływem włóczęgów, nie mieli ani czasu, ani głowy, aby kimkolwiek zająć się w szczególny sposób. Z początku Elżbieta i Ludmiła znalazły trochę współczucia. Kilku duchownych wzruszyło się ich losem i rozesłało po mieście listy. Odbiorcy listów odpowiadali zgodnie, że Jasia nie widziano w Krakowie. Świadectwo straszne, bo przecież syn Sulisława, panicz możny, z zacnego rodu, nie przeszedłby niepostrzeżenie w stolicy. Zasługi ojca dobrze pamiętano, każdy mówił:

— Tak, to ten Sulisław, który zginął pod Chmielnikiem. Ale syn? Czy on miał syna? — Wszyscy dziwili się, zaprzeczali.

Powszechny niechętny stosunek do poszukiwań zachwiał wiarę w opowiadania podróżniczek. Słuchano niechętnie, zaczynano nawet wątpić, czy były one naprawdę u Tatarów. Bo też ich opowieści brzmiały tak nieprawdopodobnie! Albo to raz widziano trędowatych, którym choroba pomieszała zmysły? A może specjalnie wymyślały takie bajki, aby wzbudzić litość łatwowiernych? Niezrozumiane, wyśmiane nawet przez towarzyszy niedoli, w końcu przestały przekonywać i zamilkły.

Wkrótce jednak znalazły przyjaciela. Był nim posługacz szpitalny, Brunon, człowiek bardzo stary, jednak jeszcze krzepki i energiczny. Już od ponad trzydziestu lat chodził przy chorych, spełniał posługi, jakich się wszyscy inni bali. Sam ani razu nie zachorował. Im większy łazarz i nędzarz, tym większą obdarzał go troską. Takie poświęcenie budowało. Brunon, jak głosi plotka, żył podobno niegdyś na dworach bogato i szumnie. Mówiono, że pewnego dnia, bardzo dawno temu, nagle wszystko porzucił, majętności rozdał ubogim, a sam poszedł do lazaretów, aby usługiwać trędowatym. Ludzie, widząc jego cnoty, namawiali go, aby został księdzem. Podobno przed laty sam biskup Prandota chciał go wyświęcić i postawić na świeczniku, ale Brunon odmówił, tłumacząc się, że jest wielkim grzesznikiem i nie godzien zaszczytu kapłaństwa.

Niewiasty długo się nie domyślały, że ten mężczyzna to dawna dworska znajomość. Ale pewnego dnia ktoś wspomniał brata Benedykta. Twarz staruszka pojaśniała, złożył ręce i zawołał: