— Cóż było robić? — rzekł Brunon. — Tatarzy raz i drugi miasto spalili, jednych wycięli, drugich w jasyr wzięli. Książę Bolesław wrócił jak na cmentarz. Czekał, spędzał ludzi, ale nie wszyscy chcieli wracać na zgliszcza. Więc zaczął zapraszać obcych, byle zaludnić pustki. To pracowici ludzie, jak pszczoły, i zasiedzą się, zobaczycie. A nie myślcie, że swoich tu nie ma. Są, tylko jakoś ich nie widać, bo co swoje, to nie włazi w oczy. No, ale że tu ładnie, to musicie przyznać. Z księcia Bolesława był tęgi gospodarz! Wziął mu czart jedno miasto, on urobił drugie, na kształt placka, i przy boskiej pomocy wyrosło jak na drożdżach, a takie udane, że nie żal starego!
Kiedy Elżbieta i Ludmiła znalazły się na Rynku, nie mogły własnym oczom uwierzyć. Król Bolesław pozwolił sobie na rozmach i nie pożałował placu. Rzadko które średniowieczne miasto posiadało tak obszerny Rynek.
Dookoła biegły domy, nie jak dawniej przysiadłe, ale wszystkie wysokie a wąskie, o jednym lub dwóch oknach, o spiczastym, trójkątnym szczycie, coś na kształt oka opatrzności, a wszystkie stały karnie, pod sznurem i pokazywały tylko pół „twarzy”, jak ludzie idący za procesją. Większą część tych domów sklecono po staremu z drzewa, jednak między nimi było już trochę kamienic, a nawet domów murowanych z cegły. Na ten zbytek pozwoliło sobie kilku bogatych przybyszów. Wszędzie wisiały wizerunki świętych, różne godła, rzezane i pięknie malowane znaki. Na dachach skrzypiały chorągiewki wycięte w kształcie kogucików i śmiesznych bestyjek. Z gzymsów dachowych sterczały rynny o smoczych paszczękach, a z wyższych pięter wystawały podpórki do zaczepiania opon164 i chorągwi w czasie uroczystości. Niżej, na wąskich, łukowato wyciętych drzwiach, czerniało mnóstwo żelastwa; krzyżowały się wrzeciądze i antaby, zasuwy i kołatki, a wszystko usiane gwoźdźmi jak brylantami, wyrżnięte w różne stylizowane liście i kwiaty. Tuż koło drzwi, na ścianie, wisiały pierścienie, do których goście albo kupujący przywiązywali konie. Nie błądzili już oni między przenośnymi budami, ale kierowali się do domów. Tam na dole były kramy, gdzieniegdzie nawet już prawdziwe sklepy, izby niskie, sklepione, zabezpieczone przed ogniem i złodziejami, zatarasowane w nocy okiennicą, którą w dzień do połowy opuszczano na ulicę i od razu tworzyła stół targowy. W oknach złotników i lichwiarzy supłały się misterne kraty.
Czasem z kramów doleciał zapach wschodnich aromatów i korzeni, który przypominał niewiastom azjatyckie wędrówki. Gdzieniegdzie zawrotnymi schodami ziała czeluść gwarnej, gościnnej piwnicy. Przybysze siedzieli tam jak diabły i szwargotali, popijając świdnickie piwo. Brunon oprowadzał swoją gromadkę po nowiuteńkich, jakby z igły zdjętych Sukiennicach. Ale niewiasty słuchały go z roztargnieniem. Bardziej interesował je niedaleko szarzejący kościółek świętego Wojciecha, który nic a nic się nie zmienił. Oto przynajmniej choć jeden świadek przeszłości! Brunon, widząc ich oczy skierowane w tę stronę, rzekł:
— Chodźmy pokłonić się męczennikowi. Patrzcie! — dodał, pokazując przystawkę z kamienia przytuloną do ściany kościółka. — Tu, w tej komórce, do niedawna żył męczennik. Tatarzy go zabili, a teraz pobożni krakowianie zmienili tę celę na kapliczkę. Widzicie? — mówił, uchylając drzwiczki. — Światło pali się przed obrazem świętego Pawła, bo pustelnik nazywał się Paweł. Może chcecie wejść i pomodlić się trochę?
Ale Elżbieta i Ludmiła nie chciały wchodzić do środka, nie chciały nawet patrzeć na celę. Były rozżalone. To miejsce wiązało się z zawodnymi przepowiedniami. Spojrzały na kościół Panny Maryi. Było trochę zmian, jednakże nie tak dużo, jak się spodziewały po całych czterdziestu latach. Pomyślały, że dwukrotne zniszczenie stolicy musiało zahamować budowę. Wodząc oczami po murach świątyni, szukały kamiennej cierniowej korony, którą kiedyś podniosły z ziemi, ale nie mogły jej znaleźć. A może była to korona, widziana czystym sercem, którą anioł już dawno temu włożył na głowy niewiast?
— Że też tych dwóch wież nie wyprowadzą równo! — rzekła Ludmiła, którą denerwował widok nie dokończonej budowy. — Jedna wystrzeliła hen w obłoki, a druga przysiadła. Kiedy to skończą?
— Pewno nigdy — odparł Brunon półgłosem. — Czart wmieszał się w tę sprawę. Na tej drugiej wieży ciąży niewinna krew.
— Boże miłosierny! Co za krew? — zatrwożyła się Ludmiła.
— Trzeba wam wiedzieć, że całą tą robotą rządziło dwóch braci.