— Kto wie, czy to nie tam?

— Bardzo możliwe — podchwycił dowódca, który już przestał wierzyć w odnalezienie lochów. — Jeśli to przejście gdzieś istnieje, to na pewno w Piekle.

— Jak to w piekle? — zdziwiła się Ludmiła.

— A no tak, ta wieża ma takowe przezwanie od czasu onego napadu. Kiedy poganie ją zdobyli, to podobno wyrabiali tam okropności. Ludzie gadają, że było tam istne piekło. A jeżeli tam, jak mówicie, znajduje się wejście, to powinniśmy je znaleźć, bo ta baszta jak stała, tak stoi, wcale nie ruszana — oznajmił dowódca i poprowadził wszystkich w kierunku baszty.

Niewiasty aż krzyknęły z przerażenia. Dobrze pamiętały tę ośmiokątną sklepioną izbę, w której rozegrała się ich życiowa tragedia.

— Piekło — szepnęła Elżbieta. — Prawdziwe piekło! I myśmy były w tym piekle. O, tu na środku stał stół, przy którym pili Tatarzy, tam w rogu płakały dzieci... A tu ława, chyba ta sama co teraz... Pod nią leżały trupy...

— A gdzież jest zejście do lochów? — pytał zniecierpliwiony dowódca.

— Któryś z tych kamieni się podnosi — zastanawiały się niewiasty i przebiegały oczami posadzkę, która była ułożona w czworokąty ze starych, już wyślizganych kamieni.

— O, to ten... niezawodnie ten! — zawołała Ludmiła, tupiąc nogą w jeden z bocznych kamieni. Był nieco ciemniejszy i na brzegach miał ślady wyżłobień.

Natychmiast znalazło się żelastwo i drągi. Mężczyźni zabrali się do pracy, ale głaz się nie zachwiał. Szpary wypełniała ubita ziemia. Trudno było podważyć krawędź. Na koniec z twardym, ostrym zgrzytem kamień podniósł się niczym wieko sarkofagu i ukazał próżnię, czarną jak studnia. Zimne, spleśniałe wyziewy przedostały się do izby.