— Ach, dajcie spokój, czy to warto tracić czas?

— I tak, moja pani, jeszcze nie można ruszać — odezwała się jedna z dziewek. — Jegomość Rupert rozkazał faski nadziewać jadłem i beczułkę z winem zatoczyć na sanie. Powiada, że będziemy jechali przez puszczę i musimy się dobrze zaopatrzyć, aby nie pomrzeć z głodu.

W tej chwili Elżbieta, zatrzymując się przy uchylonym oknie, dostrzegła ciżbę chłopów ciągnących pieszo, konno, wasążkami29, niby sieć rozciągnięta na śniegu od stóp góry aż pod same bory. Zaparła co żywo okiennice i zaczęła wołać na służebne:

— Zamykajcie kufry. Wszyscy uciekają. Prędzej, prędzej! Jasiu! I niechże już te dzwony przestaną bić tak przeraźliwie! Gdzie jest Jaś? A, jesteś! Chodź tu, kochanie, już jedziemy.

— A moje zabawki? — wołał chłopczyk, kiedy matka otulała go futrem i chustą.

— Nie warto ich zabierać — powiedziała Ludmiła. — Pojedziemy do wujcia, on ci da cacka, jakich jeszcze nie miałeś. Będziemy w dużym, dużym mieście. Zobaczysz Wrocław, a tam na kramach znajdziesz pełno biczyków, lalek i takich zabawek, o jakich ci się nie śniło.

Ale Jaś, nie dowierzając obiecankom, podniósł z ziemi malutkiego drewnianego konika, który walał się wśród pozostawionych rzeczy. Wkrótce obie panie razem z dzieckiem wyszły na dziedziniec zatłoczony ludźmi i wozami. Przyprowadzano konie, kiedy w bramie pojawił się człowiek blady jak płótno, kiwający rękami na znak, żeby się wstrzymano. Był to jeden z pachołków, których Rupert wysłał w celu torowania drogi.

— Nie można! — krzyknął głosem zachrypłym od zadyszki i strachu. — Już tam są!

— Kto taki?

— Tatary! Jezus, Maryja, Józefie święty! Co to będzie?